Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Sobota, 23 września. Imieniny: Bogusława, Liwiusza, Tekli
przewiń w dół
Data Publikacji: 
13/09/2017 - 10:15

Taśmowa hodowla olimpijczyków w sądeckim „Elektryku”. Jak oni to robią?


Jest wychowawcą całych zastępów olimpijczyków, którzy w ogólnopolskich zmaganiach od lat sięgają po najwyższe laury. Czego najtrudniej nauczyć najzdolniejszych uczniów? Tego, że olimpijski sukces, to świetny kapitał, który procentuje w zawodowej karierze.

Z Józefem Pomietło nauczycielem Zespołu Szkół Mechaniczno-Elektrycznych w Nowym Sączu rozmawia Agnieszka Michalik

 Mówi się żartobliwie, że dwaj nauczyciele sądeckiego elektryka Józef Pomietło i Andrzej Kościółek prowadzą w sądeckim elektryku hodowlę olimpijczyków.

Hodowla? Nawet w tym żartobliwym stwierdzeniu jest dużo przesady. Dla nas to przede wszystkim praca, która daje pewien rodzaj przyjemności i jest dla nas źródłem  satysfakcji . Kolega  zajmował się tym wcześniej, ja dołączyłem do niego w 1985 roku. Tak więc bawimy się tym już kawał czasu. A że się nam udaje, to mamy w tym trochę przyjemności.

Bawicie się? Przecież to jest strasznie ciężka praca przygotowywać uczniowskich czempionów, którzy zajmują miejsca na olimpijskim podium.

Naprawdę traktujemy to jako przyjemność. Nie zajmujemy się tym na silę, na zasadzie , że ktoś nam kazał, napisał w swoich papierkach, że Kościółek i z Pomietłą będą przygotowywać uczniów do olimpiady. To tak jakoś wychodzi nam samoczynnie. Po prostu to lubimy.  

Ale od czegoś to wasze wychowywanie olimpijczyków się zaczęło. Czy to było tak, że zgłosiliście się na ochotnika?

Andrzej Kościółek zaczął pracować w „Elektryku” zaraz po studiach. To była druga połowa lat siedemdziesiątych i początki pierwszej dużej zawodowej olimpiady dla uczniów - olimpiady wiedzy technicznej. Wtedy kolega z własnej inicjatywy zajął się pracą z olimpijczykami. Ja przyszedłem do szkoły w 1982 roku i nie od razu się tym zająłem. Prawdę mówiąc nie myślałem, że będę tak długo pracować w „Elektryku”. Wciągnąłem się w to dopiero w 1985 roku.

Mówi pan o przyjemności pracy ze zdolnymi uczniami, o satysfakcji. Czy ta przyjemność ma dla nauczyciela także finansowy wymiar?

Nie. To jest tylko praca społeczna. Jeśli jesteśmy nagradzani, to tylko przez organizatorów olimpiad, ale są to nagrody rzeczowe, na przykład książki. Dyrektor szkoły może też wystąpić  o nagrodę ministra oświaty czy prezydenta.

Nie wszystkim nauczycielom chce się pracować ze zdolnymi uczniami. W środowisku nauczycielskim nie brakuje niezadowolonych kontestatorów, którzy wolą mieć święty spokój i do dodatkowych, prowadzonych społecznie zajęć, nie chcą się garnąć.

Mówienie o kontestatorach to jednak przesada. Oczywiście pewnie się tacy zdarzają, ale ja sam, kiedy przyszedłem do „Elektryka”, byłem przekonany, że jako inżynier elektronik z dyplomem AGH, zatrzymam się w szkole na rok, dwa, może trzy, a potem odejdę. Ale zostałem i wcale tego nie żałuję.

Czy tylko najlepszy uczeń może zostać olimpijczykiem? Ile czasu zajmuje „wyhodowanie” czempiona? Czy nauczyciel musi mieć szczególne predyspozycje, żeby w uczniu zapalić olimpijską iskrę? Odpowiedzi na te i inne pytania można znaleźć w dalszej części wywiadu opublikowanego na łamach sierpniowego wydania miesięcznika „Sądeczanin”, w którym o fenomenie szkoły opowiada jej dyrektor Walenty Szarek. 

Czytaj też Walenty Szarek - to on zbudował potęgę „Elektryka”

Agnieszka Michalik, fot. A.M


wrześniowy miesięcznik




Komentarze Facebook

Miesięcznik Sądeczanin sierpień 2017