Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Środa, 19 czerwca. Imieniny: Gerwazego, Protazego, Sylwii
02/05/2024 - 14:35

Ale bać się — to nie było w jego stylu. Przezwyciężył strach i okiełznał ból

I tak, minuta po minucie, we dwóch umierali i jednocześnie walczyli o życie. Dwaj samotni rozbitkowie, astronauci na obcej, niegościnnej planecie K2, zwanej też Czogori.

(...)

By namiot miał szansę stanąć, trzeba było wyrąbać w lodzie w miarę równą platformę. Ich ruchy były powolne, niezdarne. Zajmie im to godzinę, może i dłużej. Potem trzeba będzie wpełznąć do środka i we dwóch kulić się pod zawieszoną u sufitu maszynką gazową i topić lód, by przyrządzić eliksir życia —  mocną herbatę. Michał czuł się fatalnie, jak wyrzucona na ląd zdychająca ryba. Nie miał już siły, a perspektywa podniesienia ostrza łopatki z tyłu rączki czekana nagle zaczęła go przytłaczać.
— Szybciej… — pogonił go towarzysz, po czym zaniósł się kaszlem.

Fikuśny i drogi sprzęt kupił Wiktor. Michałowi od początku te gadżety z podwójnymi końcówkami średnio się podobały. Do tej pory zabierał na wyprawy dwa czekany, jeden miał z tyłu łopatkę do wyrąbywania lodu, a drugi młotek do wbijania haków, ale nie protestował, bo to nie on wykładał większość pieniędzy na ich wyprawę. Sponsorami byli Wiktor i jego ojciec, biznesmen z branży hotelarskiej. Przekazana przez nich suma była iście astronomiczna, za sam permit zezwalający na zdobycie K2 musieli zapłacić władzom Pakistanu dwanaście tysięcy dolarów. Dla Michała, zatrudnionego na uczelni, była to równowartość ponadpółrocznych zarobków. Ojciec Wiktora miał sieć hoteli — rodzinny biznes, w którym syn pełnił funkcję dyrektora. Junior mógł sobie pozwolić
na realizację marzeń, bo pewnie więcej wydawał miesięcznie na serwetki niż na papierek, który umożliwi im wejście na drugi najwyższy szczyt świata.
— Misiek! — pogonił go znowu Wiktor. — Ruchy!
Słońce zgasło. Powietrze i śnieg wokół przybrały siny odcień. Łopatkę trzeba było unieruchomić specjalną śrubą.

Po kilku próbach Michał zdał sobie sprawę, że będzie musiał zdjąć grubą łapawicę. Pod spodem miał jeszcze dwie, cieńsze rękawice, ale wystawione na zimno dłonie prawie natychmiast zesztywniały, a ból w spękanych opuszkach palców stał się nie do zniesienia.

Każde uderzenie w lód kosztowało masę wysiłku, przynosiło nowe fale cierpienia. Michał miał wrażenie, że próbuje skruszyć diament, a nie zestaloną wodę. Wpełzł w niego strach, że nie dadzą rady, nie
zdążą przed nocą albo że metalowa obręcz na skroniach jeszcze zwiększy zacisk, powodując obrzęk mózgu, śmiertelny objaw choroby wysokościowej.
Ale bać się — to nie było w jego stylu. Przezwyciężył strach i okiełznał ból, poskromił je siłą woli.
I tak, minuta po minucie, we dwóch umierali i jednocześnie walczyli o życie. Dwaj samotni rozbitkowie, astronauci na obcej, niegościnnej planecie K2, zwanej też Czogori.

Wojciech Nerkowski, Himalaya, wydawnictwo LIRA







Dziękujemy za przesłanie błędu