Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Czwartek, 9 lutego. Imieniny: Bernarda, Eryki, Rajmunda
02/12/2022 - 16:05

Miejsce, w którym pierwszy raz w Arktyce załopotała polska flaga

Zakochałem się w północy, zakochałem się w Arktyce. Zakochałem się w niej, bo choć wydaje się groźna, tak naprawdę jest bogata, przyjazna i – szczególnie dziś – bardzo krucha. – Adam Wajrak

Uśmiechałem się do siebie w duchu. Byłem w czepku urodzony. Wszystko poszło tak gładko. Tak łatwiutko, że aż nie mogłem w to uwierzyć. Kiedy tylko wróciłem z Estonii w połowie maja 1994 roku, wiedziałem, że złapałem bakcyla, który nie da mi spokoju, dopóki znowu natychmiast nie wyjadę gdzieś, gdzie są lód, morze, foki oraz wolność. Nie bardzo wiedziałem, jak to zrobić, ale znałem pewnego człowieka, który mógł mi pomóc. Oczywiście szansa była niewielka, bo kto bierze kogoś prawie nieznajomego w Arktykę, ale trzeba było spróbować. Tym człowiekiem był Marcin Węsławski, badacz morskich bezkręgowców i ekosystemów arktycznych. Marcin jeździł w Arktykę od 1977 roku. Był na Spitsbergenie, gdzie zimował w Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie, na Grenlandii, w Arktyce Kanadyjskiej i na rosyjskiej Ziemi Franciszka Józefa. Poznałem go dwa lata wcześniej. Moja koleżanka z działu foto Ania Biała zabrała mnie na Wybrzeże. Wypływała na „Oceanii”, statku badawczym Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk, na Spitsbergen. Ania studiowała oceanografię i na studiach poznała Marcina, który dziś jest jednym z ważniejszych badaczy polarnych ekosystemów. Wtedy na pokładzie trochę pogadaliśmy o Arktyce, wyprawach polarnych i bardzo się polubiliśmy. Czasami dzwoniłem do Marcina, gdy musiałem napisać coś o sprawach polarnych. Jak na przykład wtedy, gdy w styczniu 1993 Polska Agencja Prasowa podała, że mieszkaniec Białegostoku kupił owczarka kaukaskiego, który okazał się… małym niedźwiedziem polarnym. 

– Jeżeli ktoś kilka tygodni temu kupił sobie maleńkiego polarnego niedźwiedzia, to musiał to być wcześniak. Polarne misie przychodzą bowiem na świat w styczniu – komentował z humorem Marcin tę oczywistą dziennikarską kaczkę, bo przecież małego niedźwiedzia nie da się pomylić ze szczeniakiem.

Już wracając z Allirahu, w pociągu jadącym z Tallinna do Warszawy, postanowiłem, że do niego zadzwonię. Prosto z dworca pognałem do domu, cisnąłem moje toboły w kąt, przywitałem się z rodzicami i złapałem za telefon. Wykręciłem numer do Instytutu Oceanologii, w którym pracował Marcin. A gdy tylko usłyszałem go w słuchawce, wypaliłem: 

– Muszę pojechać w Arktykę. Naprawdę muszę wyruszyć na jakąś polarną wyprawę, bo inaczej zwariuję. 

Nawet nie zdążyłem wyjaśnić, że bez lodu, morza i fok nie dam rady żyć, i wiem to na pewno, kiedy usłyszałem coś, czego najmniej się spodziewałem.

– Chcesz jechać w Arktykę? Na początku lipca wyruszamy na Wyspę Niedźwiedzią, możesz się z nami zabrać. 

– Poważnie? – upewniłem się po chwili milczenia, że Marcin nie żartuje. 

– Jak najbardziej. Jak chcesz jechać, to nie ma sprawy. 

Byłem wniebowzięty. Wyspa Niedźwiedzia! Rany, przecież to miejsce kultowe. Miejsce, w którym pierwszy raz w Arktyce załopotała polska flaga i od którego wszystko się zaczęło. To tam w latach 1932-33 w ramach międzynarodowego roku polarnego zimowała pierwsza polska ekspedycja naukowa. Wcześniej Polacy jeździli w tereny polarne, ale raczej nie dobrowolnie. Trudno nazwać zsyłkę na Syberię zasądzoną przez carski sąd dobrowolną wyprawą. Pewnie, że później robili tam badania, zbierali różne okazy, ale to jednak co innego niż ekspedycja, na którą ktoś rusza dobrowolnie. Owszem, bywały wyjątki. Urodzona na warszawskiej Starej Pradze Maria Antonina Czaplicka jako antropolożka w 1914 roku brała udział w brytyjskiej wyprawie na Syberię. Takim wyjątkiem było też uczestnictwo dwóch Polaków w Belgijskiej Wyprawie Antarktycznej. Ta jest o tyle ważna, że bez niej raczej nie byłoby pierwszej polskiej wyprawy polarnej. Ekspedycja kierowana przez Adriena de Gerlache’a, która zaczęła się w 1897 roku, trwała 15 miesięcy, a jej uczestnicy zimowali we wmarzniętym w antarktyczne lody statku „Belgica”. Brali w niej udział ludzie, którzy mieli wpłynąć na historię późniejszych wypraw polarnych. Na pokładzie był lekarz Amerykanin Frederick Cook, który okazał się polarnym oszustem wszech czasów, oraz Norweg Roald Amundsen, jeden z największych polarnych zdobywców wszech czasów. Można powiedzieć, że gdyby nie łgarstwa Cooka, Amundsen zdobyłby inny biegun. 

W skrócie wyglądało to tak: najpierw Cook zełgał, że zdobył Denali, wtedy McKinley – najwyższy szczyt Alaski i Ameryki Północnej – po to, żeby za moment zełgać, że w 1908 roku zdobył biegun północny. Amundsen, który zamierzał wyruszyć na Północ, na czubek Ziemi, w 1910 roku skierował swój statek i wyprawę na południe. Powodem była przelewająca się przez prasę kłótnia o to, kto był pierwszy na biegunie północnym: Cook czy jego rywal, również Amerykanin, Robert Peary, który twierdził, że zdobył biegun w 1909. Paradoks polegał na tym, że również Peary, o którym jeszcze przeczytacie w kolejnym tomie moich arktycznych przygód, bieguna nie zdobył, choć był blisko. Ale o tym Amundsen nie mógł wiedzieć. Być może gdyby nie zażarty spór między Cookiem a Pearym, to Amundsen zdobyłby biegun północny, a nie południowy, i znając tego zaciętego Norwega, zdobyłby go naprawdę. Być może z wyprawy na biegun południowy żywy wróciłby Brytyjczyk Robert Falcon Scott i jego towarzysze, którzy zginęli nie tylko dlatego, że w porównaniu z Norwegami byli marnie przygotowani, ale również dlatego, że psychicznie dobiła ich przegrana w wyścigu o biegun południowy. 

Adam Wajrak, Na północ, wydawnictwo Agora, 2022







Dziękujemy za przesłanie błędu