Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Czwartek, 9 lutego. Imieniny: Bernarda, Eryki, Rajmunda
03/12/2022 - 15:25

Po tej wyprawie eksplodowało polskie polarnictwo.

Na północ czyta się tak, jakby słuchało się gawędy Adama – są tu i chłopackie przygody, i dużo wiedzy przyrodniczej, emocje, wzruszenia i zwroty akcji, a do tego galeria barwnych postaci. Wszystko to opowiedziane w charakterystycznym Wajrakowym tonie pełnym ciepłego humoru i bezpretensjonalności.

I tu dochodzimy wreszcie do wątku polskiego – dla naszej historii ważne jest to, że w Belgijskiej Wyprawie Antarktycznej wzięło też udział dwóch polskich badaczy: Henryk Arctowski jako oceanograf i meteorolog oraz jego młody towarzysz Antoni Dobrowolski jako pomocnik. 

Potem, już w niepodległej Polsce, Dobrowolski jako wpływowy naukowiec wspierał ze wszystkich sił wyprawę na Wyspę Niedźwiedzią. Belgijska wyprawa w Antarktykę zrobiła takie wrażenie na Dobrowolskim, że ten zaparł się, iż Polacy muszą wyruszyć w okolice jakiegoś bieguna. Oczywiście północny był bliżej, a to oznaczało mniejsze koszty. Poparł go Jean Lugeon, szwajcarski meteorolog, wówczas wiceszef Państwowego Instytutu Meteorologicznego w Warszawie. Obaj doprowadzili do tego, że wyprawa doszła do skutku. Nie było to łatwe. Kraj był potwornie biedny. Musieli się wykłócać o każdy grosz. Zebrali 30 tysięcy ówczesnych złotych (nauczyciel zarabiał nieco ponad 200 złotych, a podróż LOT-em z Warszawy do Paryża w jedną stronę kosztowała 300 złotych), dostawali też dary rzeczowe – na przykład od Wedla dostali 100 kilogramów czekolady.

Z Tromsø, słynnego polarnego portu na północy Norwegii, pierwsza polska wyprawa polarna wypłynęła na Północ na lodołamaczu „Sverre” 4 sierpnia 1932 roku. Na lato z polarnikami został Jean Lugeon i Jan Gurtzman z Państwowego Instytutu Meteorologicznego. Zimowa ekipa składała się już tylko z trzech członków: Czesława Centkiewicza, jako jej kierownika i obserwatora elektryczności atmosferycznej, Władysława Łysakowskiego, który miał za zadanie prowadzić obserwacje magnetyczne, i najmłodszego Stanisława Siedleckiego, który odpowiadał za obserwacje meteorologiczne. I nie była ona specjalnie ekstremalna, bo najbardziej wstrząsającym przeżyciem jej uczestników było opróżnienie cuchnącego domku, w którym magazynowano mięso, a najbardziej egzotycznym mieszkańcem Wyspy Niedźwiedziej był koń islandzki, który zjadał specjalnie zastrzelone dla niego mewy. Jednak poza zebraniem kupy danych o magnetyzmie Ziemi i tym podobnych niezrozumiałych dla przeciętnego zjadacza chleba, ale bardzo ważnych danych stało się tam coś niezwykłego. Po tej wyprawie eksplodowało polskie polarnictwo. Centkiewicz i Siedlecki zostali najważniejszymi ludźmi w polskim świecie polarnym. To oni będą zarażać kolejne pokolenia polarną pasją. Centkiewicz – pisząc książki, pierwsza to „Wyspa mgieł i wichrów”, właśnie o wyprawie z 1932, następnie kilka napisze ze swoją żoną Aliną. Siedlecki założył Polską Stację Polarną w Hornsundzie na Spitsbergenie. Później ich drogi się rozeszły. Siedlecki musiał wyemigrować do Norwegii, a Centkiewiczowie zostali pupilkami komunistycznych władz. Każdy polski polarnik przechodził mniej więcej tę samą drogę. Najpierw czytał książki Centkiewiczów. (Dziś okazało się, że niektóre z nich były zwyczajnie zmyślone, a Centkiewicz opisywał historie zasłyszane między innymi od Norwegów, których spotkał właśnie na wyspie. Jednym z nich był Fritz Øien, norweski telegrafista z Tromsø, który opowiadał mu o Grenlandii. Później Centkiewicz napisał kilka książek o Grenlandii, na której nigdy nie był). Po lekturze książek Centkiewicza każdy przyszły polski polarnik trafiał najczęściej do założonej przez Siedleckiego bazy w Hornsundzie, która zresztą dziś nosi jego imię, albo rzadziej do antarktycznej stacji im. Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego.

Adam Wajrak, Jak pokochałem Arktykę, wydawnictwo Agora







Dziękujemy za przesłanie błędu