Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Piątek, 5 czerwca. Imieniny: Bonifacego, Kiry, Waltera
06/05/2020 - 07:35

Jak sobie radzi sądecka firma Bogdański w czasach epidemii koronawirusa

Okucia, profile… to plastikowe i metalowe części, niezbędne do produkcji okien, na których zabójczy koronawirus wyjątkowo „dobrze się czuje”. To niejedyny, niewidzialny wróg, z jakim muszą się teraz mierzyć w sądeckiej fabryce Bogdański. Pandemia zakaziła całą gospodarkę. W branży budowlanej, to może być bomba z opóźnionym zapłonem.

Z prezesem Czesławem Bogdańskim rozmawia Jagienka Michalik  

Trwająca pandemia koronawirusa spowodowała, że gospodarka wpadła w gigantyczne turbulencje. Niektóre firmy są na skraju bankructwa. Jak pan ocenia swoje szanse na przetrwanie na rynku, w branży stolarki okienno-drzwiowej, gdzie i bez kryzysu toczy się zacięta, konkurencyjna walka.
-Na pewno nastąpił spadek obrotów firmy. Na razie jeszcze za wcześnie, żeby to oszacować, bo jesteśmy na początku miesiąca i nie mamy jeszcze danych ze wszystkich oddziałów spółki. 

Ale problemy nie zaczęły się w kwietniu. Przecież koroanwirus zaatakował naszą gospodarkę, także tę lokalną, już w marcu.
-To prawda. Pierwsze symptomy kłopotów pojawiły się natychmiast po tym, kiedy zapadła decyzja o zamknięciu szkół i przedszkoli. Po prostu klienci detaliczni przestali do nas przychodzić. Potem szybko przyszła świadomość tego, że to będzie efekt domina w całej gospodarce. Razem z bratem, moim wspólnikiem, z przerażeniem myśleliśmy o tym, że to może się skończyć zwolnieniami ludzi związanymi z naszym przedsiębiorstwem od samego początku. Akurat w maju weszliśmy w trzydziesty rok funkcjonowania firmy Bogdański na rynku.

Czy swoimi obawami dzieliliście się z pracownikami? Rozmawialiście z nimi o tej trudnej i bardzo niepewnej sytuacji?
-Tak. Przede wszystkim poinformowaliśmy załogę o sytuacji firmy. Powiedzieliśmy, że spółka nie jest obciążona kredytami, leasingami, że ma własne środki produkcji, własne obiekty i własne środki transportu. Ważne jest także i to, że mamy własne ekipy montażowe. To było tonowanie lęków i obaw, potwierdzanie  dobrego stanu w jakim jest naprawdę firma. Jednak te rozmowy do łatwych nie należały. 

Wyczuwało się napięcie? Poczucie niepewności?
-Tak. Uspokajaliśmy, że rokowania nie są złe, ale mimo wszystko prosiliśmy pracowników, żeby wykorzystywali rotacyjnie swoje bieżące urlopy,  bo mniejsza ilość zleceń i zamówień spowodowała zmniejszenie produkcji. Spotkaliśmy się ze zrozumieniem ze strony załogi, za co należy im się wdzięczność.

Do tych kłopotów doszła jeszcze absencja pracowników, którzy z powodu zamkniętych szkół musieli zostać w domu z dziećmi?
-Rzeczywiście, ten problem dotknął głównie naszych młodych pracowników. Na szczęście nikt nie zachorował z powodu tej epidemii. Ale mimo ograniczeń w składzie załogi, wszystkie działy pracują. To dzięki temu, że mamy w jednej ręce cały firmowy łańcuch: produkcję, pomiary, montaż i transport.  Nie wszyscy są w takiej sytuacji. Przedsiębiorstwa w dużym stopniu uzależnione od kooperantów mają większe kłopoty.

Jednak nikt nie jest samowystarczalny. Firma Bogdański musi przecież zamawiać profile i okucia do produkcji okien.
-To prawda, ale staramy się zamawiać większe partie towaru nie tylko ze względu na produkcję, ale także ze względów bezpieczeństwa epidemiologicznego.

Okucia, profile… to plastikowe i metalowe części, na których zabójczy koronawirus wyjątkowo „dobrze się czuje”. Zanim trafiają do Nowego Sącza, dotyka tego mnóstwo ludzi, którzy mogli być chorzy. Łatwo się zarazić. Jak sobie z tym radzicie?
-To nie tylko metal i PVC, ale także szkło. Składujemy to wszystko na placu. Kwarantanna trwa dwa, nawet trzy tygodnie.

Trzeba też zadbać o bezpieczeństwo pracowników. W zakładzie produkcyjnym to nie takie proste. To nie jest robota biurowa, gdzie ludzi można posadzić daleko od siebie.
-Pracownicy, zależnie od stanowiska, zostali wyposażeni w maseczki, przyłbice, jednorazowe rękawiczki. Podobnie jest w punktach handlowych,  gdzie dodatkowo sprzedawcy oddzieleni są pleksą. Sprzęt ochronny mają też ekipy montażowe, choć przy remontach czy na budowach  nie ma potrzeby bezpośredniego kontaktu z klientami. Sprawy wycen czy  płatności od dawna, w razie potrzeby, załatwiamy online.

Skoro ekipy montażowe ruszają w teren, nadal produkuje się okna, to dowodzi, że branża budowlana mimo wszystko jak na razie w miarę łagodnie przechodzi przez epidemię koronawirusa. Mówi się nawet, że zamknięci w domach ludzie, zabrali się za budowy i remonty.  
-To prawda. Dużo ludzi wróciło zza granicy. To często budowlańcy, którym nigdy nie starczało czasu na remont własnego domu. Po prawie dwu miesiącach przebywania w domu biorą się za ogrodzenia, wymieniają okna. To pewnie też rodzaj terapii, żeby nie popaść w marazm.  

Mówi pan o klientach indywidualnych. A co z dużymi budowami? Przedsiębiorstwo współpracuje też z deweloperami.
-Niektórzy budują, ale pamiętajmy, że w branży budowlanej jest duża bezwładność. Na razie pewnych problemów nie widać, ale one w dłuższej perspektywie się pojawią.

Kryzys w końcu przyjdzie? To jak bomba z opóźnionym zapłonem?
-Właśnie tak. To, co się dzieje na rynku nieustannie podlega weryfikacji.  Pękają łańcuchy dostaw, co w konsekwencji skutkuje efektem domina.  

Dzięki obiegowi zamkniętemu, w którym funkcjonuje pana firma, może pan mówić o w miarę stabilnej sytuacji?
-Najważniejsze, że nie zwolniliśmy ludźmi. Cześć pracowników pracuje z nami dwadzieścia, trzydzieści lat. Mają rodziny, zobowiązania. 

Ale może być gorzej niż jest.
-To jeden wielki znak zapytania. Na dzisiaj działamy. Dobry stan zdrowia, pogoda, wiosna,  zachęca ludzi do remontów i inwestycji. Nasze miejsca pracy, pomyślność regionu zależą na ten czas od współpracy, pomocy i wzajemnego zaufania. 

[email protected] fot. firma Bogdański, styczeń 2020







Dziękujemy za przesłanie błędu