Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Niedziela, 20 września. Imieniny: Eustachego, Faustyny, Renaty
29/07/2020 - 16:05

"A czy świat zasłużył na to, żeby istnieć?"

W powieści Myśliwskiego jak w lustrze odbija się kawał polskiej historii ze wszystkim, co w niej dramatyczne, bolesne, przemilczane i niewypowiedziane. Przede wszystkim jednak jest to rzecz o tym, jak upływający czas odciska piętno na ludzkim doświadczaniu siebie i świata.

Nigdy nie wyznałem jej miłości ani ona mnie, jakby jakiś lęk nas powstrzymywał. Gdy miałem już na wargach, kocham cię, słowo nie chciało mi wybrzmieć w ustach. Czy się domyślała? Jestem pewny, że tak. Nie tak trudno było się domyśleć, urywałem się przecież z ostatnich lekcji, żeby już czekać na nią, gdy będzie wracała ze szkoły, odprowadzałem ją do tej dawnej dzikiej, zielonej doliny, zapraszałem do kina, kiedy tylko jakiś nowy film wchodził na ekrany, choć często mi odmawiała. Podejrzewałem, co prawda, choć przyznaję, było to z mojej strony niecne, że z jakichś powodów broni się przed moją miłością. A jednocześnie podawałem w wątpliwość te podejrzenia.

Powiedziała kiedyś, gdy wracaliśmy z kina:

– Mówią, że gdy kocha się kogoś, kocha się cały świat. Ale ja bym nie mogła pokochać świata. Może nie byłem w stanie zrozumieć jej słów, rzuconych z nagła i po byle jakim filmie. Niemniej jednak tym bardziej po takich słowach nie umiałbym się zdobyć na wyznanie jej miłości. Mimo to nie traciłem nadziei, że kiedyś przyjdzie taki moment, a sama powie:

– Chciałbyś mnie pokochać? – Zaniemówię, a wtedy ona mnie wyręczy. – Och, nie wiesz, jak bardzo potrzebuję miłości.

Wiem, że po latach wkładam w jej usta słowa, których nie byłem w stanie sam wypowiedzieć, nie tyle ze względu na brak odwagi, co na ten świat, jeśli dalej ma istnieć. Powie ktoś, a czy świat zasłużył na to, żeby istnieć. Nie wiem. Wiem natomiast, że nie musimy świata kochać, wystarczy, że tak trudno nam się z nim rozstawać.

Przyszła do naszej szkoły dopiero w liceum. Liceum trwało wtedy dwa lata. Przedtem podobno chodziła do szkoły gdzieś w górach. Dlaczego w górach, różnie mówiono, jak to zwykle gdy się nie wie. Nieskłonna była do zwierzeń, a ja nie śmiałem jej pytać. Tym bardziej że najczęściej unikała odpowiedzi, jakby każda odpowiedź zabierała jej cząstkę życia. Była najlepszą w klasie uczennicą, zwłaszcza z polskiego. A dodając do tego jej urodę, jej wielkie a smutne oczy, nawet gdy się uśmiechała, trudno się dziwić, że budziła powszechne zainteresowanie, do czego przyczyniła się i ta tajemnica, dlaczego chodziła do szkół gdzieś w górach, skoro urodziła się i jeszcze do szkoły powszechnej chodziła w tym mieście. Tu miała rodziców, których wszyscy znali, tu, na wzgórzu, w sadzie, stał jej rodzinny dom, wystawiony podobno jeszcze przez dziadków.

Wołali na nią niektórzy w szkole Żydówka, chociaż nie była Żydówką. Pamiętano dobrze jej dziadka, który był lekarzem wojskowym. Niektórzy wspominali go niemal jako cudotwórcę. Odgadywał podobno każdą chorobę z samego wyglądu pacjenta, z jego zachowań, mowy. Krążyły legendy o jego metodach leczenia, o skutkach tych metod, dzięki którym wyrywał chorych niemal z objęć śmierci. Do tego od biednych nie brał pieniędzy, odbijał to sobie na bogatych. Biednym dawał nawet na lekarstwa, które im przepisał. Zginął zaraz na początku wojny, gdy wyruszył wraz ze stacjonującym w mieście pułkiem na front.

Wojskowymi byli również jej dwaj wujkowie ze strony matki, kapitan i major. Rozstrzelani zostali w zbiorowym morderstwie jeńców wojennych na Wschodzie, o czym po wojnie nie wolno było mówić, a tylko szeptano. Powiedziała mi kiedyś o tym, prosząc, abym zachował w tajemnicy, gdyż mogę narazić się na nieprzyjemności. Ojca, gdy powiedział o tym kiedyś w zaufaniu znajomemu, wzywano potem na przesłuchania. Pracował w magistracie, w dziale obrachunkowym, tak się chyba ten dział wtedy nazywał, i uratowało go to, że otrzymał liczne dyplomy, został nawet odznaczony medalem za wzorową pracę, a tym medalem udekorował go sam wojewoda. Matka była bibliotekarką w miejskiej bibliotece. I dzięki jej staraniom, różnym konkursom, jakie organizowała, zachętom i innym formom pomocy, jakich nie szczędziła, wzrosło znacznie czytelnictwo w mieście.


Wiesław Myśliwski, „Ucho igielne”, wydawnictwo Znak, 2018
Dziękujemy wydawnictwu Znak za udostępnienie wybranych fragmentów







Dziękujemy za przesłanie błędu

Miesięcznik Sądeczanin - wydanie wrześniowe