Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Niedziela, 9 sierpnia. Imieniny: Klary, Romana, Rozyny
08/07/2020 - 16:00

Dzieci wygnane. Tułacze losy małych Polaków w czasie II wojny światowej

Nie uciekaliśmy z kraju, ale do niego przez cały świat wracaliśmy. O polską niepodległość nasi żołnierze walczyli na wszystkich frontach. To byli więźniowie sowieckich łagrów i posiołków – wynędzniali, ale każdą drogą do Polski szli. Walczyli w nadziei, że wrócą do domu, na Kresy. Ich i nasza droga do domu usiana jest krzyżami – wśród nich nie ma krzyża mojego ojca. Ilu takich krzyży brakuje?

W Znaku ukazuje się właśnie książka Moniki Odrobińskiej „Dzieci wygnane", opowiadająca o losach polskich dzieci, którym wydarto dzieciństwo, które dzięki swojej odwadze, ocaliły siebie i bliskich z sowieckiego piekła. Przeczytajcie, co o swojej książce mówi autorka Monika Odrobińska.

„Niemal niezauważalnie mija w tym roku 80. rocznica masowych deportacji Polaków w głąb ZSRR w czasie II wojny światowej. Głośniejsze zdają się kwestie, kto tak naprawdę był winien jej wybuchowi, czy 17 września 1939 r. był faktem itd. Nietrudno dopatrzeć się w tym działań tych samych organów, które od zimy 1940 do lata 1941 r. skazały na nieludzkie warunki i na śmierć ponad milion Polaków.
Nocami 10 lutego, 13 kwietnia, 29 czerwca 1940 i w czerwcu 1941 r. do drzwi polskich domów, głównie na Kresach wschodnich, rozlegał się łomot, i popędzanie: „pakujcie się, jedziecie daleko". Kobiety, starców, dzieci ładowano do pociągów towarowych i wieziono tysiące kilometrów od ich domów. Już do nich nie wrócili - po wojnie nie leżały one na terenach Polski, zamieszkane były już przez obcych ludzi. Wielu ojców rodzin już wówczas spoczywało w dołach Katynia, Miednoje, Charkowa.
Dziś rozmawiać można już tylko z tymi, którzy wówczas mieli pięć, osiem, dziesięć lat. Jak podkreślają, prawdziwymi bohaterkami były ich matki, które uchroniły je przed śmiercią z głodu, zimna i wycieńczenia. Ale oni także są bohaterami - jak Mirosław Popławski, który w wieku 10 lat z rok tylko starszym bratem przemierzyli nielegalnie 1000 km z Syberii do Moskwy, do wymarzonego (!) domu dziecka. Ich przeżycia - wpadnięcie w szpony NKWD, potem dziecięcej szajki złodziejskiej i to, co się okazało już na miejscu - bez koloryzowania mogłyby posłużyć za scenariusz filmowy. Taki z przesłaniem: „nigdy więcej wojny, bo na niej nie ma wygranych i przegranych, wszyscy tracą".
Dla wielu uczestników tamtych wydarzeń ich 80. rocznica może być ich ostatnią okrągłą. Wydania książki nie doczekała niestety bohaterka, której historia ją otwiera. Wszystkim „moim Sybirakom", jak nazywam osoby, z którymi naprawdę się zżyłam, zależało na utrwaleniu ich losu. Jak przekonuje jedna z nich, Helena Kurzak, nie jest to „grzebanie się w martyrologii", tylko przestroga dla kolejnych pokoleń. Inna bohaterka - Maria Gordziejko - podkreśla, że nie byli uchodźcami, którzy opuścili swoje domy w poszukiwaniu azylu, ale wygnańcami. To jej przemyśleniom zawdzięczam tytuł i wymowę książki.
„Moi Sybiracy" stracili zdawałoby się wszystko: rodziców, dom, dzieciństwo, szansę na lepsze życie. Ale na jego gruzach potrafili zbudować nowe, dać życie kolejnym pokoleniom. Pod koniec 2018 r. rozmawiałam z kobietą, która przeszła trasę z Kresów na Syberię i przez Afrykę do Polski Ludowej, w której przez następne 50 lat musiała ukrywać swoją przeszłość. Pomyślałam, że takie historie trzeba utrwalać. Metodą łańcuszkową - od jednej osoby do drugiej - trafiałam na kolejne historie. Tułacze rodziny wszędzie tam, gdzie się pojawiały - w Iranie, Libanie, Indiach, Nowej Zelandii, Australii - tworzyły ośrodki polskości, dlatego uważam, że dziś w wolnej Polsce jesteśmy im winni upamiętnienie.

źrodło: Wydawnictwo Znak







Dziękujemy za przesłanie błędu

Sądeczanin HISTORIA (2-2020)