Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Piątek, 18 września. Imieniny: Ireny, Irminy, Stanisława
10/08/2020 - 16:00

Henning Mankell "Szwedzkie kalosze"

Jansson był pełnoetatowym hipochondrykiem. Kiedyś poskarżył mi się na ból zęba, a ja odmówiłem mu pomocy. Nie wiedziałem, czy poszedł do lekarza na stałym lądzie, nie wiedziałem też, czy w ogóle miał kiedyś dziurę w zębie. Być może zgrzytał zębami przez sen, martwiąc się o swoje zdrowie, i w ten sposób nabawił się bólu?

Mój dom spłonął jesienną nocą przed niespełna rokiem. Była niedziela. Po południu zerwał się wiatr. Kiedy wieczorem spojrzałem na wiatromierz, w porywach wiało do dwudziestu metrów na sekundę.

Wiatr był północny i bardzo zimny, chociaż jesień rozpoczęła się niedawno. Idąc spać koło jedenastej, pomyślałem, że moją wyspę odziedziczoną po babce i dziadku nawiedził pierwszy w tym roku jesienny sztorm. Zbliżała się zima. Już niebawem miały przyjść mroźne noce i skuć lodem otaczające mnie morze. Tamtej nocy po raz pierwszy wszedłem do łóżka w skarpetach. Zima powoli zaczynała węszyć i badać teren.

Miesiąc wcześniej z wielkim trudem naprawiłem dach. Było to wielkie wyzwanie dla takiego robotnika jak ja. Dachówki były stare, wiele z nich popękało. Moje dłonie, nawykłe niegdyś do trzymania skalpela i przeprowadzania precyzyjnych zabiegów, nie radziły sobie z szorstkimi, topornymi dachówkami.

Ture Jansson, emerytowany listonosz, który przed laty rozwoził pocztę po okolicznych wyspach, podjął się przywiezienia dla mnie nowych dachówek z portu. Odmówił nawet zapłaty. Widocznie uznał, że jest mi winien przysługę, ponieważ od dawna prowadziłem w mojej szopie z hangarem na łódź prowizoryczny ostry dyżur i zajmowałem się licznymi wyimaginowanymi dolegliwościami Janssona.

Nie umiałbym zliczyć, ile razy schodziłem na pomost, żeby zbadać jego obolałe, jak twierdził, ręce i plecy. Setki razy przynosiłem z szopy stetoskop, osłuchiwałem jego płuca i serce, a potem stwierdzałem, że brzmią tak, jak powinny. Przy każdej takiej kontroli Jansson wydawał się zdrów jak ryba, ale mimo tego jego lęk przed ciężkimi chorobami nie malał. Przekraczał wszelkie wyobrażenia. Nie spotkałem się z czymś podobnym nawet przed długie lata mojej praktyki lekarskiej. Jansson był pełnoetatowym hipochondrykiem.

Kiedyś poskarżył mi się na ból zęba, a ja odmówiłem mu pomocy. Nie wiedziałem, czy poszedł do lekarza na stałym lądzie, nie wiedziałem też, czy w ogóle miał kiedyś dziurę w zębie. Być może zgrzytał zębami przez sen, martwiąc się o swoje zdrowie, i w ten sposób nabawił się bólu?

Tamtej nocy, kiedy wybuchł pożar, jak zwykle połknąłem tabletkę nasenną i wkrótce usnąłem.

Obudziło mnie jaskrawe światło. Kiedy otworzyłem oczy, pomyślałem, że ktoś włączył nade mną silną lampę. Po chwili dostrzegłem, ze pod sufitem unosi się ciemny dym. Nie miałem na stopach skarpetek, musiałem je ściągnąć przez sen, gdy w pokoju zrobiło się ciepło. Wyskoczyłem z łóżka i zbiegłem schodami na parter do kuchni. Wszędzie otaczało mnie jaskrawe światło.  Zdążyłem dostrzec, że zegar na ścianie w kuchni wskazuje dziewiętnaście minut po północy. Zerwałem z wieszaka przy drzwiach moją czarną pelerynę, wciągnąłem na bose stopy kalosze, z których jeden ledwie dał się założyć, i wybiegłem na zewnątrz.

Henning Mankell „Szwedzkie kalosze”, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa, rozdział 1, str. 9-10







Dziękujemy za przesłanie błędu

Miesięcznik Sądeczanin - wydanie wrześniowe