Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Piątek, 18 września. Imieniny: Ireny, Irminy, Stanisława
13/08/2020 - 16:05

"Za każdym razem, kiedy rozpoczynałem z nią polityczną dyskusję, przegrywałem"

Czasem myślałem, że jest trochę pogubioną anarchistką, kiedy indziej widziałem w niej radykała posuwającego się do desperackich działań, by walczyć o słuszną sprawę.

Louise miała czterdzieści lat. Kiedy ostatnio z nią rozmawiałem, przebywała w Amsterdamie. Podejrzewałem, że ma tam przyjaciół, o których z jakiegoś powodu mi nie opowiedziała. Chociaż równie dobrze mogła wyjechać do Holandii z racji jednego ze swoich politycznych projektów.

Moja córka nie tylko pisała listy do prezydentów i dyktatorów, lecz także urządziła kilka skandali, rzucając workami pełnymi śmieci w reakcyjnych polityków. Wnioskowałem z jej zachowań, że ma lewicowe poglądy. Czasem myślałem, że jest trochę pogubioną anarchistką, kiedy indziej widziałem w niej radykała posuwającego się do desperackich działań, by walczyć o słuszną sprawę. Za każdym razem, kiedy rozpoczynałem z nią polityczną dyskusję, przegrywałem z kretesem. Nawet, kiedy Louise brakowało merytorycznych argumentów, miażdżyła mnie, nieustannie mi przerywając.

Nie miałem pojęcia, z czego żyje. Nie widziałem jednak, żeby jej czegokolwiek brakowało, w dodatku nosiła w sobie rodzaj uporu, którego czasem jej zazdrościłem.

Kiedy Harriet zaskoczyła mnie wiadomością, że mam córkę, Louise była już dorosłą kobietą. Mieszkała w głębi melancholijnych lasów dolnej Norrlandii. Jej matka zawiozła mnie do niej po drodze do pewnego leśnego jeziorka, właściwego celu naszej ówczesnej podróży. Nagle przed nami wyrosła przyczepa. Potem w jej drzwiach stanęła nieznana mi kobieta imieniem Louise i dopiero wówczas dowiedziałem się, że jest moją córką. Był to rzecz jasna jeden z najbardziej wstrząsających i zapadających w pamięć momentów mojego życia. W jednej chwili zyskałem dziecko, dorosłą córkę, która dla mnie przyszła na świat w wieku trzydziestu lat.

Mieszkała w przyczepie, którą niedługo po naszym spotkaniu przetransportowaliśmy na moją wyspę starym promem do przewozu krów. Louise została ze mną aż do śmierci Harriet, której zwłoki spaliliśmy razem ze starą drewnianą łódką, która butwiała na brzegu. Wkrótce potem Louise wyjechała. Po jakimś czasie dowiedziałem się, gdzie jest, ze zdjęcia w gazecie. Znowu uczestniczyła w skandalu, tańcząc nago przed grupą jakichś polityków, których potępiała za ich postępowanie.

Właściwie prawie nie znałem Louise. Żałowałem, ze tak jest. Mieszkając tu przez chwilę, bardzo polubiła moją wyspę i obiecałem jej, że oczywiście odziedziczy ją po mojej śmierci. Alternatywą byłoby odsprzedanie działki lokalnemu stowarzyszeniu mieszkańców, ale nie potrzebowałem pieniędzy ani nawet nie byłem pewien, czym stowarzyszenie się zajmuje, poza wewnętrznymi sporami dotyczącymi owej działalności. Poza tym nie chciałbym, żeby dom moich dziadków – o ile będzie odbudowany – został kiedyś przerobiony na kawiarnię dla letników. […]

Długo leżałem na łóżku w przyczepie, nim zebrałem się na odwagę i wystukałem numer komórki Louise. Miałem nadzieję, że nie odbierze, ale usłyszałem jej głos już po czterech sygnałach.  Brzmiał bardzo wyraźnie, jakby stała tuż obok, koło przyczepy.

Zapytałem, czy nie przeszkadzam. Odparła, że nie. Spytałem ją, gdzie jest. Zaraz po tym przemknęło mi przez myśl, że kiedyś rozpoczynano rozmowy telefoniczne od pytania, jak osoba, do której dzwonimy, się czuje. Teraz zaczynamy od dociekania, gdzie ona w danym momencie przebywa.

Louise nie odpowiedziała. Domyśliłem się, że nie zamierza mi tego zdradzać. Nie naciskałem, bo zdążyłem się już nauczyć, że w odwecie za nadmierną ciekawość moja córka potrafi nie odbierać telefonów przez parę tygodni.

- W nocy spłonął dom – oznajmiłem.

- Jaki dom? – zapytała.

- Mój dom. Ten, w którym mieszkałem. Ten, który miałaś po mnie odziedziczyć.

- Spalił się?

- Tak.

- O Boże!

- Można tak powiedzieć.

- Jak to się stało?

- Nie wiadomo. Kiedy się obudziłem, dom stał już w płomieniach. Zdążyłem ocalić tylko siebie. Straciłem wszystko.

- Nawet twoje dzienniki?

- Tak. Wszystko.

Henning Mankell „Szwedzkie kalosze”, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa, rozdział 4, str. 43-45







Dziękujemy za przesłanie błędu

Miesięcznik Sądeczanin - wydanie wrześniowe