Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Wtorek, 22 października. Imieniny: Haliszki, Lody, Przybysłšwa
20/09/2018 - 12:00

Dobra książka. Sądeczanin poleca. Stefan Żeromski "Przedwiośnie" (4)

„Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego wpisuje się niewątpliwie w klasykę polskiej literatury narodowowyzwoleńczej. Zbliżająca się Setna Rocznica Odzyskania przez Polskę Niepodległości jest okazją do przypomnienia tego wybitnego dzieła okresu międzywojennego. Zachęcamy do lektury…

Gdy gwar kopaczów i dźwięk ich pracy zbiorowej nacichał, Cezary słyszał ów śpiew obłąkanego, w którym dźwięczało coś jakby imię jego własne spieszczone:

— Czaruś — Czaruś — Czaruś...

Nie mogąc zdać sobie sprawy z tak dziwacznego podobieństwa śpiewu nieznajomej

osoby do brzmienia swego niegdyś zawołania, Cezary zbliżył się wreszcie do palisady,

której słupy powywracane przez pociski tureckie jeszcze się tu i ówdzie chyliły ku ziemi.

Oparł się piersiami o jeden z tych kołów i patrzał uważnie na dziada. Tamten przestał

śpiewać i podniósł zwieszoną głowę. Wtedy, jak to mówią, wszystka krew zbiegła do serca

Cezarego. Zobaczył wyblakłe, niebieskie oczy wpatrzone w swe oczy, oczy — radosne

niebiosa. Zdumienie, wątpliwość, niepewność, trwoga, radość, szczęście, obłęd z rozkoszy

—wszystko zamknęło się w jednym szepcie:

—Ojciec.

Biedak siedzący na kupie kamieni zaprzeczył ruchem głowy, jakby się nie zgadzał na

sformułowanie i stwierdzenie szczęścia tej prawdy. Znowu opuścił głowę napiersi i ukrył

w cieniu daszka swe niebieskie oczy. Cezary stał na miejscu, kurczowo trzymając się słupa.

Ściskał to drzewo, ażeby się umocnić w przeświadczeniu, że nie śpi, że na jawie widzi

tamtego człowieka. Nogi mu drżały. Chciał skoczyć. Zdusił krzyk w piersiach. Zawahał

się. Przeląkł. Czyż to tylko podobieństwo oczu? Lecz nie! Nie! Skądże by ten człowiek

mógł śpiewać od tak dawna jego imię? Śpiewał je przecie znowu:

— Czaruś — Czaruś — Czaruś...

Uśmiech niebiański, uśmiech, zaprawdę, wniebowzięcia leżał na jego ustach, nie

okrytych cieniem i oświetlonych przez słońce. Były to usta ojca. Była to postać ojca

w łachmanach tego przybłędy. Jeszcze Cezary stał na swym miejscu jak wkopany w ziemię, gdy tamten podźwignął się ze swych kamieni i ociężale, nucąc swoje, powlókł w kierunku miejsca najmniej efektownego, do kloaki z tarcic stojącej między rowem umarłych. […].

— Czy to wiadomo, za co teraz ludzie ludzi zabijają!

— Mama nie żyje! — wyznał Cezary.

— Wiem.

— Byłeś na jej grobie?

— Byłem.

— Skąd wiesz, gdzie leży?

— Od Gruzina, od księdza.

— Jakżeś trafił do mnie?

— Trafiłem... — rzekł z cichym uśmiechem Seweryn Baryka.

Oczy jego zaszły ciężkimi łzami, które pewnie w tej chwili od szeregu lat po raz pierwszy przerwały tamy męczarni jego duszy. Zaszlochał, głucho, załkał na piersiach syna. Młody utulił go w ramionach. Podparł go i ugłaskał drżącymi rękoma.

— Gdzie się spotkamy? — spytał szybko Cezary.

— W nocy tu przyjdę. Będę czekał na tej pryzmie kamieni, gdzie zawsze.

— Warty w nocy chodzą dookoła koszar.

— Znam ja miejsce, gdzie warty chodzą. Niejednę już noc przeczekałem, myśląc,

że przypadkiem wyjdziesz.

— Po północy wyjdę.

— Pójdziemy do mamy. Tędy polem pójdziemy.

— A skąd ty przychodzisz?

Seweryn Baryka zakreślił ręką półkole ogarniające północny horyzont.

— Ale skąd? —pytał syn.

— Ze świata.

— Ale skąd?

— Z Rosji.

— Powiedzieli mi, żeś zginął.

Po chwili Cezary zawył z radości, zawył jak pies:

— Nie zginąłeś! Nie zginąłeś! O, cóż za szczęście.

— I ty nie zginąłeś!

— A gdzieś ty był tak długo? Gdzieś był, tata?

— W legionach — daleko, daleko — w Polsce.

— Mama czekała... — wyszeptał syn.

Seweryn nie mogąc mówić, wykonał znowu swój gest szeroki, pół horyzontu obejmujący. Coś wyjąkał niezrozumiałego, co ledwie można było pojąć:

— Teraz już... Teraz już — w nogi! W nogi! Chcesz?

— Och, chcę! Ale razem z tobą!

— To, to! Razem ze mną!

— No!

Objęli się jeszcze raz, jeszcze raz ramionami żelaznymi. Ktoś znowu szedł, więc Cezary ociężale powrócił do swej łopaty.

Cytaty pochodzą z książki: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Wyd. Czytelnik, Warszawa 1976.

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście, zaznacz fragment z błędem i wyślij do redakcji



Dziękujemy za przesłanie błędu