Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Środa, 19 czerwca. Imieniny: Gerwazego, Protazego, Sylwii
20/11/2022 - 11:25

Kaczyński trochę groził, ale w taki sposób, by na razie nikogo zbytnio nie wystraszyć…

Kiedy w lipcu, w samym środku tegorocznych wakacji, okazało się, że wbrew wcześniejszym ustaleniom z premierem Morawieckim, Bruksela chce jednak zablokować Polsce tzw. „fundusz odbudowy”, przywódcy PiS zaczęli sygnalizować intencję rewizji polskiej polityki europejskiej.

Zobacz również: Zapomniany burmistrz Nowego Sącza. Przez co podpadł mieszkańcom miasta?

O co chodzi z tym „horyzontalnym” paragrafem 22? Na łamach listopadowego miesięcznika „Sądeczanin” tłumaczy Jan Rokita, polityk i publicysta:

- Z natury rzeczy, rozgłos nie tylko krajowy, zyskały naonczas przede wszystkim słowa Jarosława Kaczyńskiego, z wywiadu dla tygodnika „Sieci”. Szef PiS mówił o „konieczności ułożenia sobie relacji z Unią na nowo”, w czym – jak wszyscy dobrze rozumieli – kryła się niewypowiedziana wprost sugestia możliwości ignorowania przez Warszawę decyzji, opinii, żądań i gróźb, jakie od lat nieustannie płyną z Brukseli.

Ale co ciekawe, Kaczyński dodawał natychmiast, iż owa rewizja polskiej polityki w stronę silniejszej asertywności ma zostać odłożona na czas po przyszłorocznych polskich wyborach. Sprawiało to takie wrażenie, jakby autor tych słów chciał wyraźnie zaznaczyć, iż nie mówi (na razie) o planach realnej polskiej polityki, ale rozważa jedynie jakieś intelektualne hipotezy dotyczące dalszej i niepewnej przyszłości.

Bo któż mógłby dziś wiedzieć, po pierwsze – czy obóz Kaczyńskiego utrzyma się u władzy po wyborach, a po drugie – jak będzie za przeszło rok wyglądać Europa, którą wynik wojny na wschodzie może odmienić dość gruntownie. Krótko mówiąc, Kaczyński trochę groził, ale w taki sposób, by na razie nikogo zbytnio nie wystraszyć.

Bardziej precyzyjny był człowiek, który z nominacji samego Kaczyńskiego jest jego partyjną prawą ręką – sekretarz generalny PiS Krzysztof Sobolewski. To on bowiem jako pierwszy oznajmił, że Polska pod władzą PiS byłaby gotowa wdrożyć wobec Brukseli politykę wedle reguły „ząb za ząb”, ale tylko wówczas, gdyby trzeba się było odegrać nie za blokadę unijnego „funduszu odbudowy”, ale również „zwyczajnych” europejskich pieniędzy, asygnowanych w całej Unii na politykę spójności, politykę regionalną i dopłaty dla chłopów.

Ważne, że Sobolewski mówił o tym w taki sposób, jakby oznajmiał o jakimś przemyślanym i opracowanym „planie B”, który jednak na razie leży w zamkniętej w szufladzie, gdyż dotyczy reakcji na zdarzenia raczej mało prawdopodobne. Latem, gdy sekretarz generalny PiS charakteryzował ów polski „plan B”, chyba nikt w Polsce nie sądził, iż tak ostre i wszechobejmujące sankcje mogłyby faktycznie zostać nałożone na Polskę, zwłaszcza w chwili toczącej się za polską wschodnią granicą wielkiej wojny.

W najnowszym miesięczniku przeczytasz również: Ta parafia to boża przystań w centrum miasta. Tutaj wiara jest wciąż żywa

Tzw. „procedurę warunkowości” Komisja Europejska wdrażała co prawda wówczas właśnie wobec Węgier, ale wszyscy powtarzali z przekonaniem, że Budapeszt to całkiem inny przypadek niźli Warszawa, gdyż unijne biuro antykorupcyjne OLAF miałoby ponoć dysponować dowodami na polityczną korupcję, jakiej dopuszcza się rząd węgierski przy rozdziale unijnych funduszów. (Nawiasem mówiąc, do dziś nie wiadomo, ile w tym twierdzeniu było prawdy, a ile antywęgierskiej złośliwej zajadłości).

Od tamtego czasu minął mniej więcej kwartał, a rzeczy które miały być nierealne, nabierają właśnie kształtu rzeczywistości. Oto w połowie października, wysoki unijny urzędnik - Luksemburczyk Marc Lemaître obwieścił, iż to sam rząd polski uznał, iż nie wypełnia warunków koniecznych do uzyskania jakichkolwiek funduszów unijnych, gdyż Polska nie respektuje europejskiej Karty Praw Podstawowych.

Warto pewnie tutaj przypomnieć, że przy okazji ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego Polska i Wielka Brytania (wtedy jeszcze członek Unii) złożyły traktatowe zastrzeżenie, zgodnie z którym unijna Karta Praw Podstawowych może obowiązywać w tych dwu krajach tylko w takim zakresie, w jakim wynika to z polskiego i angielskiego prawa krajowego.

Owo zastrzeżenie dołączone zostało przez ówczesny rząd premiera Tuska do ostatecznej wersji traktatu i można je znaleźć w każdej publikacji tekstu Traktatu Lizbońskiego pod nazwą „Protokół nr 30”. Już sam fakt powoływania się przez wysokiego urzędnika unijnego na ową Kartę, jako dokumentu formułującego jakieś warunki wypłat funduszów dla Polski, musi więc budzić sporą nieufność.

Ale im dalej, tym gorzej z owymi „warunkami” formułowanymi teraz przez Luksemburczyka. Okazuje się bowiem, że owo tajemnicze kryterium, wykluczające bezwzględnie Polskę, jako biorcę funduszów europejskich, ma ponoć „charakter horyzontalny”.

Idzie o to, że ma się ono odnosić nie konkretnie do takiego czy innego unijnego programu, ale do wszystkich funduszów europejskich, niezależnie od tego, jakie jest ich źródło i cele, jak również jak wyglądają negocjowane z każdym krajem szczegółowe (z reguły bardzo szczegółowe) przesłanki i warunki wypłat i rozliczeń.

Inni czytali także: Średnie miasto – średnie życie. Co trzyma młodych w Nowym Sączu?

Jak wiadomo, w przypadku specjalnego i jednorazowego „funduszu odbudowy”, finansowanego precedensowym wspólnym długiem całej Unii, są to (tak nazywane w unijnym żargonie) „kamienie milowe”, czyli liczne wymogi, jakimi Komisja Europejska uwarunkowuje wypłaty, zindywidualizowane dla każdego kraju członkowskiego.

Z kolei w przypadku „zwyczajnych” funduszów budżetowych Unii podstawą wypłat są negocjowane przez rządy z Komisja Europejską szczegółowe tematyczne programy operacyjne (np. „Polska wschodnia”, albo „Polska cyfrowa”), a nadto, od 2020 roku, dodatkowy wymóg respektowania przez państwo rządów prawa, tak, aby fundusze europejskie nie były zagrożone jakąś formą korupcji (tzw. „warunkowość budżetu”).

Jeśliby więc teraz serio potraktować oświadczenia Lemaître’a znaczyłoby to, iż cały proces negocjacji owych sławetnych „kamieni milowych” oraz poszczególnych programów i reguł „warunkowości” byłby całkowicie pozbawiony sensu. Przynajmniej z polskiej perspektywy.

Bo nawet jeśli przy licznych ustępstwach i kompromisach wszystko to zostałoby w pełni uzgodnione z Komisją Europejską, to na końcu okazałoby się, że istnieje jeszcze jedno tajemnicze „horyzontalne” kryterium, mające na dodatek jakiś związek z nieobowiązującą Polskę Kartą Praw Podstawowych, które i tak uniemożliwia wypłatę Polsce jakichkolwiek europejskich funduszów.

Taka konstrukcja jako żywo musi się kojarzyć ze sławetnym „paragrafem 22” (z świetnej powieści Josepha Hellera), który jak wiadomo przewidywał, iż w czasie wojny każdemu lotnikowi amerykańskiemu służy prawo złożenia wniosku o zwolnienie z lotów bojowych z powodu choroby psychicznej, z tym tylko zastrzeżeniem, że złożenie takiego wniosku, będące świadectwem zdrowej troski o własne bezpieczeństwo, uznawane jest za koronny dowód pełnego zdrowia psychicznego…

Dalszą część felietonu Jana Rokity można przeczytać w listopadowym numerze miesięcznika „Sądeczanin”.

Miesięcznik dostępny jest w formie papierowej oraz w cyfrowym e-wydaniu:

(oprac. [email protected], fot. ilustracyjne Pixabay, Jagienka Michalik)







Dziękujemy za przesłanie błędu