Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Niedziela, 9 sierpnia. Imieniny: Klary, Romana, Rozyny
09/05/2018 - 11:45

Poeci Sądecczyzny: Janusz Jedynak

Nie wpadł on w łatwiznę opisywania widokowych pejzaży Sądecczyzny, nie porównuje błękitu i żywości górskich potoków, nie maluje jej słowem jako siedliska hal, wrzosowisk, wiatrów halnych, niebotycznych skał i mchów łagodnych, nie wpadł w manię landszaftu i regionalizmu” – tak w szkicu Nadzieja czernią rekomenduje Marek Basiaga ostatni – jak dotąd – tom poezji Janusza Jedynaka.

 - To prawda. W dotychczasowym jego dorobku poetyckim bodajże tylko raz pojawia się nazwa topograficzna Dunajec. Autora interesuje przede wszystkim człowiek, jego – jak mówili moderniści – dusza, miejsce we współczesnym świecie, coraz bardziej groźnym, nieludzkim, nurtują go pytania o jakieś trwałe wartości, punkty odniesienia, dzięki którym można ocalić sens egzystencji.

Janusz Jedynak urodził się 8 sierpnia 1952 r. w Katowicach. Tutaj zdobył średnie wykształcenie techniczne, jest technikiem elektronikiem. Mieszka w Bączej Kuninie koło Nawojowej na Sądecczyźnie, gdzie wykonuje swój zawód, zajmując się naprawą sprzętu elektronicznego. Debiutował w 1996 r. w II Programie Polskiego Radia w audycji „Czas na debiut”. Pisze wiersze liryczne, satyryczne, haiku, dla dzieci, a także opowiadania i artykuły publicystyczne, które drukuje głównie w prasie lokalnej, m.in. w „Gazecie Sądeckiej”, „Znad Popradu”, „Kurierze Starosądeckim”, „Almanachu Sądeckim”. Jego utwory można też znaleźć w antologiach, m.in. w ośmiu książkach Klubu Literackiego „Sądecczyzna”, w dwóch antologiach ogólnopolskich konkursów literackich. Niektóre wiersze były drukowane w prasie literackiej, jak „Akant”, publikacjach Konfraterni Poetów w Krakowie, a opowiadanie Kalejdoskop Morfeusza w „Literacie Krakowskim” (2017). Jest on laureatem Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O ludzką twarz człowieka”, Ogólnopolskiego Konkursu Jednego Haiku, O Laur Kwitnącej Wiśni. W latach 1996–2007 należał do Klubu Literackiego „Sądecczyzna”, a od roku 2007 jest członkiem Grupy Literackiej „Sądecczyzna”. Opublikował dotąd cztery tomy poezji: Cztery pory wiersza. Kraków 1998, Wydawnictwo Miniatura, Listy z ego. Nowy Sącz 2004, Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana”, Drogą w górę, drogą w dół. Nowy Sącz 2011, Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana”, Na dwa głosy. Kraków 2013, Oficyna Konfraterni Poetów. Uprawia też rysunek i malarstwo. Ilustruje almanachy pokonkursowe i tomiki poezji, również własne.

Od debiutu książkowego Janusza Jedynaka upłynęło dwadzieścia lat. Opublikował w tym czasie cztery niezbyt obszernych rozmiarów tomy poezji. Łącznie sto siedemdziesiąt pięć wierszy. Autor „nie produkuje” masowo wierszy, jak to się nieraz zdarza. Nie obdarza czytelnika co roku nową książką. Sięga po pióro wtedy, gdy ma coś ważnego do powiedzenia. To dobrze. W debiutanckiej pozycji Cztery pory wiersza śledzi cztery pory ludzkiego życia, od narodzin do śmierci. Liryka nastrojowa, której ważnym elementem konstrukcyjnym jest metafora („przebiśnieg – mały kluczyk do drzwi wiosny”, „niedopałek słońca”, „kałamarz nocy”). To krótkie, zwarte, oszczędne w słowa dywagacje nad życiem.

W następnym tomie Listy z ego autor pogłębia analizę duszy człowieka, dokonuje wiwisekcji osobowości ludzkiej w całej jej złożoności. Eksponuje chwile radości, bólu i cierpienia, niepewności, samotności, nieprzystosowania, rytmu przemijania, upływ czasu. W tej refleksyjnej poezji rozważa miejsce człowieka we współczesnym świecie ze wszystkimi atrybutami egzystencji. O atmosferze tych wierszy świadczą choćby takie tytuły jak Samotność czy Zamurowany oraz zwroty typu: „powoli uchodzi z ciebie życie”, „szukam drogi”, „nie mam już złudzeń”, „okłamujesz się”, „masz trudny charakter”. Czasami można tu dostrzec echa liryki młodopolskiej, choć bez ówczesnego kontekstu filozoficznego.

Egzystencjalne drżenie i rozterki poety – tak zatytułował Ignacy Fiut omówienie następnej książki Janusza Jedynaka Drogą w górę, drogą w dół w „Gazecie Kulturalnej” (2012, nr 4). Owe zmagania poety z samym sobą krytyk tak definiuje: „Jedynak głęboko przeżywa wszystkie te defekty osobistego istnienia, czuje się jak przysłowiowy wybrakowany byt, uwięziony w świecie, co popycha go nawet do bluźnierstwa przeciwko Bogu, którego uważa za Wszechmocnego Stwórcę, tak ciężko doświadczającego człowieka”. Stwierdzenie to dobitnie potwierdza taki fragment wiersza Po raz ostatni: „płonie we mnie ocean | jestem jak świeca w blasku dnia | niepotrzebny | nieprzydatny | niezauważony” czy z cyklu (…do Em…) „budujemy ścianę | która dzieli świat | na Twój | i | mój”. Nuta pesymizmu brzmi nawet w tekstach powracających do dzieciństwa jak Domek z kart czy Drzwi do pustki. Od pustki próbuje uciec, przyjmując ptasią perspektywę. Wszystko na nic. Jedynie przyjęcie stoickiej postawy pogodzenia się z żywiołami istnienia daje człowiekowi pewną szansę na uspokojenie.

Ostatni, czwarty tom poezji naszego autora, Na dwa głosy składa się z dwóch części Sny niespełnione i poematu Powidoki. To jakby „kontynuacja prób zrozumienia nieznanego” – jak to określił sam autor w korespondencji do mnie, ale – jak sądzę – bardziej oszczędna w emocjach, z widoczną już stabilizacją uczuć. Wspomniany na wstępie Marek Basiaga ocenił ten tom jako najlepszą dotąd książkę Jedynaka, „najbogatszą w przemyślenia filozoficzne i psychologiczne, najróżnorodniejszą artystycznie, mówiącą dziś coś o świecie i o autorze, coś ważnego”. „Poeta pokazuje nam – dodaje – szary, nieludzki świat, pełen samotności, braku interkomunikacji, prostego porozumienia z innym człowiekiem, boże igrzysko, w którym człowiek jest wypalonym indywiduum i właściwie czeka go tylko atak serca, śmierć, zapomnienie”. To bardzo smutna, bardzo pesymistyczna poezja.

Nieco zmienia się atmosfera, poetyka w nowych wierszach, które dostarczył mi autor i które drukujemy niżej. Wiersze te skomentował poeta w następujący sposób: „Sięgam do przedmiotów z otoczenia, nadając im znaczeń, często magiczno-bajecznych. Unikam kwiecistości metafor, posługując się rozbudowanym obrazem poetyckim, który tworzy nastrój i tworzy przekaz”.

Bolesław Faron

Nowe wiersze

ZIARNO

pielęgnujący ogrody pojęć zdewaluowanych,
foliowych toreb, plastików, złomu i makulatury, bezskrzydłe ptaki ze snów paranoicznych i proroczych, nadchodzą gotyckie kaptury, w oparach psychozy,
czarnymi płatkami śniegu osiadają na organizmach
i dźgają.
a ostrza ich zapalczywości, dalekosiężne, tępe
igły
wstrzykują białe trucizny.
przedzierają się podziemiami opustoszałych dworców
kolejowych, ze skostniałych galerii i świątyń mali inkwizytorzy
w chitynowych pancerzykach nietolerancji niedostępni. niebezpieczni.
teraz nikt nie zaśnie nim, na nowo, nie zostanie ustalona
waga słów, ciężar myśli i grubość czcionek odciskanych
w powietrzu gęstym, o zapachu nonsensu.
z niczego wyrasta ziarno absurdu.

ŹRENICA NOCY

za oknem, rozsiewając rozedrgane blaski,
kolorowy neon, wielkim napisem „JUBILER” fałszywie zapraszał do „Sezamu”
mrucząc coś, przez całą noc, w niezrozumiałym
języku magnetostrykcji.
otwarte okno dyszało ciężko nie znajdując ulgi
w upale spalonej lampą dnia ulicy. na dusznym,

wysokim poddaszu, nieprzytomny ktoś próbował
wyrwać się z lepkiej sieci snu. szarpiąc się, jak mucha
w pajęczynie, opadał z sił, tonął w źrenicy nocy a pluszowa
ciemność powoli zamykała się nad nim szczelnie, jak

głodny grób. jakiś, pijany elektrycznością, tramwaj rozdarł
ciszę ulicy i przepadł. spłoszone upiory pochowały się
w stęchłym wnętrzu bramy i podwórka. i nie wydarzyło się nic

tylko książka wypuszczona z rąk, zamiast upaść na podłogę,
wyleciała przez okno, a może to nie była książka tylko
dziki drapieżny ptak z papieru i słów –  słowopióra sowa?

MORFIKA

pociąg nie nadjeżdżał. panie

w kasach biletowych rozdawały białe
chusteczki z monogramami. nie
wziąłem. z okien wagonów,
zapomnianych na bocznicach, gapiły
się zapalone lampiony.
nikt nic nie mówił. wyszedłem na
ulicę, ale to nie była ulica tylko
bezkresna, pusta tafla lodu.
ktoś biegł przede mną
nieostrożnie stąpając, lód się załamał
i porwała go fala albo wielki, czarny
koń pędzący środkiem drogi
prosto na mnie. uciekałem, lecz nagle,
tuż przede mną, otworzyła
się otchłań wykopu, w którym,
czułem to, siedziało coś, czego
nie chciałbym spotkać. bałem się.
skądś przyleciał ptak z drutu
i papieru, a może to była tylko myśl,
ostatnia deska ratunku, którą pochwyciłem
w locie. ruszyłem , pustą ulicą, w stronę domu.
niespodziewanie, z ciemności, miażdżąc szyny
tramwajowe, wytoczył się pociąg i zgrzytając
hamulcami stanął na przystanku. z okna lokomotywy,
wskoczyła mi na ramię wiewiórka,
a może to był ten przejechany, bezdomny kot. uciekłem.
zatrzymałem się w bramie, bo przecież ja
tutaj już nie mieszkam, nie mam klucza
do drzwi. teraz mieszka tu ktoś inny.
patrzę jak faluje ulica. pociąg odjechał
beze mnie. ja już nie wrócę.

FADO

to nic, że nie ma już tamtych głosów,  
miały ludzkie imiona nim stały się
brzemieniem ciszy, i nie nadjedzie
tramwaj zatrzymany na czarno-białej

ulicy z fotografii tamtej epoki. przez mętniejącą
szybę pamięci widać coraz mniej, niewyraźne
kształty oddalają się w kierunkach, z których
nie ma powrotu. sprawnie oczyszczamy się

literka po literce, cyfra po cyfrze odrywane
z imion, nazwisk i dat, odsłaniają puste
miejsca na cokołach, w sam raz dla
tych, którzy krzyczą najgłośniej i wcale

nie jest ważne, że brzmią pusto i głucho,
jak uderzenia cepów – przecież i tak
nikt nie słucha, nie wiadomo czyja
ręka pisze, wciąż nowe, partytury

na chaos i płacz. głosy odarte
ze skóry, małe drapieżne zwierzątka
przegryzają się z ciasnych szczelin
grobów – odnajdujemy się w kartografii blizn.

Janusz Jedynak







Dziękujemy za przesłanie błędu

Sądeczanin HISTORIA (2-2020)