Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Niedziela, 4 grudnia. Imieniny: Barbary, Hieronima, Krystiana
24/09/2022 - 13:30

Przy czytaniu tych historii łzy same cisną się do oczu, ale nie wszystkie mają szczęśliwe zakończenie

Mimo różnic, które ich dzieliły w trudnych czasach pomagali sobie tak, jak tylko było ich stać. Polacy na wsi ukrywali swoich żydowskich kolegów i sąsiadów. Bohaterska postawa niejednokrotnie pozwoliła żydowskim rodzinom przetrwać II wojnę światową. Ale nie wszystkie historie mają szczęśliwe zakończenie.

Historia Żydów mieszkających na sądeckich wsiach gwałtownie zmieniła się wraz z wybuchem II wojny światowej. Przedtem Żydzi i Polacy żyli obok siebie i ze sobą. Budowanie wspólnoty utrudniały różnice kulturowe i tworzone stereotypy – niektóre z nich mają się świetnie aż po dzisiaj. Mimo tego, na sądeckich wsiach nie brakowało ludzi, którzy ryzykowali własnym życiem, aby nieść pomoc swoim sąsiadom i kolegom Żydom.

Wątek Polaków ukrywających Żydów porusza Łukasz Połomski na łamach kwartalnika „Sądeczanin. HISTORIA”. Te historie, które kończą się szczęśliwie trudno czytać bez wzruszenia. Łza sama kręci się w oku, zwłaszcza kiedy uświadomimy sobie jaką odwagą trzeba było się wykazać, aby przeciwstawić się okupantowi niemieckiemu. Niestety, nie każda opowieść ma szczęśliwe zakończenie.

Przesiedlenia Żydów do getta

- Żydzi opuścili miejsca zamieszkania, zostawiając gospodarstwa czy zasiewy. Mogli zabrać tylko przedmioty osobistego użytku – pisze Łukasz Połomski i przywołuje relację sądeckich Żydów:

- Tragedia tych ludzi jest o tyle wielka, że od pokoleń osiadli oni w swoich gospodarstwach i całą swoją energię i pracę wkładali w podniesienie ich poziomu. Znany jest np. fakt, że jeden z żydowskich gospodarzy w okolicy Starego Sącza musi opuścić swoją posiadłość, gdzie oddawał się specjalnie hodowli rasowych krów (…) Rolnicy ci ze swoimi niewiele wartości przedstawiającymi manatkami muszą udać się do miast, które są przeludnione i są urządzani w zbiorowych azylach, nie mając zaś żadnego innego zawodu, są od razu zdani na pomoc opieki społecznej.

W getcie sytuacja stawała się coraz gorsza. Ciasnota w mieszkaniach pogłębiała się z dna na dzień. Jedyną możliwością przetrwania była ucieczka. Wielu wiejskich Żydów miało znajomych „po aryjskiej stronie”. Byli to sąsiedzi, kontrahenci handlowi lub inni, którzy ofiarowali pomoc. Rzadko ktoś, uciekając z getta, szedł „w ciemno”. Tak zrobił Jakub Müller, który końca wojny doczekał w lasach koło Jelnej, gdzie przetrwał dzięki pomocy obcych ludzi.

Rodzina Holzerów w Białej Wodzie

Wśród znajomych ukrywała się rodzina Holzerów – bracia m.in. KalmanAbraham Holzer oraz ich siostra Estera. Przeżyli w lasach Białej Wody. Pomagały im między innymi rodziny: Baranów, Długopolskich, Jaroszów.

Monek Brandel przed wojną ożenił się z Ester Holzerową, mieli dwóch synów. Po ucieczce z getta starszego syna ukryli w Wysokiem. Ester z mężem i braćmi poszła do „swoich chłopów”. Siostra Monka, Hela, tak wspomina tamte wydarzenia:

- Byli w lesie, wszyscy, chłopi też. Usłyszeli szum, hałas, myśleli że obława. Mężczyźni uciekli i zostawili Ester z dzieckiem na drodze. A to nie było wcale gestapo, tylko granatowy policjant z jakimś chłopakiem. Policjant złapał Ester i wylegitymował. Nie miała papierów. I choć go po rękach całowała, żeby puścił, zabrał ją na gestapo do Sącza, a stamtąd wzięli ją na cmentarz. Rozstrzelali razem z dzieckiem. Kiedy dowiedział się o tym chłop, co ukrywał starszego chłopca, to go wydał. Myślał, że Moniek też nie żyje. I chłopca też zastrzelono.

Mimo dramatyzmu tych wydarzeń mieszkańcy Białej Wody uchronili od śmierci pozostałych Holzerów i przetrwali oni wojnę.

Rodzina Steinlaufów w Krasnem Potockiem

Podobnie układa się rodzinna historia Steinlaufów, uratowanych przez rodzinę PiotraZenobii Królów w Krasnem Potockiem. Dzięki licznym publikacjom historia ta jest szerzej znana. W 1982 roku Królowie dostali medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Przez dwa i pół roku rodzina Królów ukrywała na strychu swoich żydowskich sąsiadów – Steinlaufów, którym szczęśliwie udało się opuścić getto w przeddzień jego likwidacji. Dzięki pomocy rodziny Królów i dziedziczce Aleksandrowej (która wspierała Żydowską rodzinę głównie materialnie), Steinlaufowie przeżyli II wojnę światową. Choć później musieli wyprowadzić się do miasta, a następnie do Stanów Zjednoczonych, zawsze pamiętali o mieszkańcach Krasnego Potockiego, którzy uratowali im życie.

Rodzina Brandlów w Łukowicy

Także bohatersko postąpiła Zofia Sikoń, która ukrywała rodzinę Brandlów. Ryzykowała ona życie ukrywanych, ale też swoich dzieci, AnnyStanisława.

Genia, KazekHela Brandel uciekli z getta w Sączu. Genia i Hela wyszły z getta cudem – dzięki mgle przeszły obok strażników na moście helleńskim. Razem z Kazkiem udały się do Łukowicy, do rodziny Ruchałów, a potem do Zofii Sikoń, gdzie spędzili dwa i pół roku.

Zimą spali w kuchni, w lecie na strychu. W razie niebezpieczeństwa wszyscy schodzili do bunkra. Sąsiedzi wiedzieli tyle, że to rodzina, która uciekła od robót w Rzeszy. Gdy wskutek zaziębienia umarła Genia, owinęli jej zwłoki workiem i pogrzebali pod lasem. Po wojnie spoczęła na cmentarzu żydowskim.

Hela i Kazek przeżyli, potem wyjechali do Kanady. W 2000 r. Stanisław, syn Zofii Sikoń, odebrał medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Rodzina Lustigów w Skrudzinie

Dobrze też kończy się historia Lustigów w Skrudzinie, gdzie część rodziny, dzięki pomocy mieszkańców wsi, przeżyła. - Za wszelką cenę prosili, żeby ukryć – wspominała pani Zwolińska.

Meniek Lustig (syn właściciela gospodarstwa) uchował się od zagłady. Wrócił po wojnie, żeby podziękować. Ukrywali ich prości ludzie, gospodarze: wszystkich zresztą wynagrodził, rozdał pole.

Również Żydzi z Librantowej ukrywali się w okolicznych lasach, a miejscowi chłopi przynosili im jedzenie. Nie wszystkie opowieści miały szczęśliwe zakończenie. Nie znamy losów Goldfingerów, którzy uciekli z getta, aby ukrywać się w Tropiu. Przepadli.

Rodzina Kauferów i Neugroschlów w Popardowej

Jedną z bardziej skomplikowanych historii jest ta z Popardowej. Dotyczyła ona rodzin Kauferów, NeugroschlówRuminów, których znajomość datuje się na okres jeszcze przedwojenny.

W domu AgnieszkiMarcina Ruminów nie było dobrobytu. Do tego głowa rodziny została wywieziona na roboty przymusowe do Niemiec. Syn Państwa Ruminów, Jan, był wtedy pracownikiem tartaku.

Pewnego wojennego dnia zapukali do nich Żydzi, którzy dawno temu mieli kontakty handlowe z Marcinem Ruminem. Zanim przyszli do Popardowej, ukrywali się w Mystkowie w domu Ludwika Borka, a potem u Górkowej zwanej Górecką. Nie było im tam dobrze, więc postanowili zmienić kryjówkę.

Agnieszka Rumin nie odmówiła im pomocy. W ten sposób na strychu domu w Popardowej zamieszkało 6 Żydów. Najmłodszy z nich, 18-letni Heniek, w okresie zimowym schodził często i uczył dzieci czytać i pisać. Jedna z kobiet, Ruta, urodziła dziecko, a poród odebrała Agnieszka Rumin. Obawiając się o losy niemowlaka, rodzice zdecydowali się oddać go bezdzietnemu małżeństwu w sąsiedniej wsi. Do dziś losy tego dziecka są nieznane.

Wszystko układało się pomyślnie aż do dnia, kiedy Górka przyszła do Popardowej z pretensjami, że Żydzi ukradli jej ziemniaki, krowę i królika. Oczywiście były to pomówienia, ponieważ Żydzi zostawili u Górkowej swoje zwierzęta, a wiosną 1945 r. postanowili je odebrać.

24 marca 1945 r. mieszkanka Mystkowa dotarła do Ruminów po śladach na śniegu. Żydzi byli przerażeni, bowiem kobieta mogła pójść do Niemców i wydać kryjówkę. Ukrywający się postanowili się więc porozumieć się z Górkową, tak żeby nie miała krzywdy. Sprawa wydawała się być załatwiona.

Niestety, Górkowa poszła na policję – jeszcze tego samego lub następnego dnia (rozbieżne relacje) przed dom w Popardowej przyjechali Niemcy. Zbrodnię, której dokonano w domu Ruminów widziała córka Agnieszki, Kunegunda:

- Niemcy przeszukali mieszkanie, od razu znaleźli i zabili Żydów. Usiadłam na łóżku, tuląc dwóch młodszych braci, tj. JózefaIgnacego. Bałam się. Myślałam, że zaraz nas też zabiją. Nie zapomnę, jak zrzucili ciało zabitego pana Kaufera ze strychu, zabili go tam, bo nie chciał zejść. Żal było mi Heńka, co uczył mnie pisać i ciężarnej Blimki. Heniek uciekał i strzały dosięgły go niedaleko lasu. Wił się w śniegu. Brakowało mu tak niewiele, by się ukryć – relacjonował córka Ruminów.

Rozstrzelali Żydów za domem i tam pogrzebali. W wyniku tej akcji aresztowano i zamordowano matkę rodziny – Agnieszkę – oraz najstarszego syna Jana. Okazało się, że to nie był koniec historii. Wkrótce Niemcy dotarli do Mystkowa, żeby zamordować kolejnych dwóch Żydów i Ludwika Borka, który ich ukrywał. Na nich również doniosła Górkowa.

Borek został zastrzelony za własną stodołą. Niedługo później zabito także Jakuba Tokarza z Ptaszkowej, który był wtajemniczony w pomoc rodzinie Neugroschelów i Kauferów. O tych tragicznych, ale też bohaterskich postawach przypomina dziś pomnik w Popardowej.

Warto tutaj dodać, że często Żydzi płacili za udzieloną pomoc. Pieniądze potrafiły poróżnić ludzi, pchnąć ich do najgorszych czynów. Wojna wyzwoliła złe duchy. Aby zapobiec haniebnym zachowaniom, Polskie Państwo Podziemie wydało w 1943 r. broszurę, w której za denuncjację polskiego obywatela groziła kara śmierci. Pokusa przywłaszczenia majątku żydowskiego często była silniejsza. Za wydanie Żydów Niemcy płacili kilkoma kilogramami cukru, wódką, często pozwalali zabrać ubrania.

Regina Kempińska w Zakliczynie

Skomplikowane losy ukrawających się pokazała historia Reginy Kempińskiej, która po ucieczce z getta w Zakliczynie błąkała się po okolicznych lasach z małym niemowlakiem. Wymieniała ona wielu bohaterów, którzy przyczynili się do jej uratowania (Jachnowie, dr Orzeł, ks. Leon Badacz, Jan Jarzmik, Wincenty Tucznia i inni).

Oczywiście przeżyła dzięki chwalebnym postawom. Jedną z nich wykazał się Władysław Mleczko, który poszedł dla niej po maść na świerzb do apteki odległej o 16 km. W jej relacji pojawiają się też inne przykłady zachowań – chciwość, obłuda, naigrywanie się z tych, którzy nie szczędzili sił, aby ratować żydowskich przyjaciół.

Kempińska wprost pisała, że za pomoc musiała płacić – np. u Pajorów dzień życia kosztował 15 zł. Biedniejsi pomagali jej za jedzenie, ubranie, rzeczy gospodarstwa domowego. Pani Janikowa udzielała pomocy, mimo biedy. Kiedy jednak do domu wróciła córka właścicielki, zaczęła buntować matkę. Regina zastała tam potem chłopa o zbrodniczej twarzy – Józefa B. Zabrał jej wszystko, groził wydaniem Niemcom. Kempińska uciekła, a Janikowa urządziła na nią obławę.

Wszyscy od tej pory bali się jej pomóc. Nocowała w opuszczonym domu. Tam znalazł ją 11-letni chłopiec, którego ojciec poszukiwał Reginy, aby oddać ją Niemcom:

- Nie zapomnę wzroku, jakim mnie obrzucił. Tryumfował, wszak upolował zwierzynę. Zawołał: „Żydówko! Żydówko!” – pisała Kepmińska.

Udało się jej uciec. Ją i jej rodzinę uratował Franciszek Jarosz, ukrywający przez dwa lata 14 Żydów w bunkrze w lasach Stańkowej. To było bezinteresowne bohaterstwo godne najwyższego uznania.

Przedsięwzięcie nie było łatwe. Żywność kupował dla ukrywających się syn Franciszka, Józef. Musiał tłumaczyć chłopom, że ojciec hoduje świnie i potrzebuje dużo jedzenia. Mimo to, jeden z młodszych chłopców z sąsiedztwa wypatrzył kryjówkę.

Zygmunt, brat Reginy, osobiście opuścił kryjówkę i błagał matkę chłopca, aby syn ich nie wydał: - Jeśli ich wydasz, to tak jak tu stoję, przebiję cię widłami – powiedziała kobieta chłopakowi.

Bohatersko postąpiła rodzina StefaniiTadeusza Zapiórów, która wiedziała o kryjówce. Rzekomi partyzanci przystawili pistolet do głowy ich synowi, grożąc, że jeśli nie wydadzą, gdzie są Żydzi, to go zastrzelą. Oni milczeli. Historia Reginy Kempińskiej jest przykładem złożonych stosunków polsko-żydowskich panujących w czasie ostatniej wojny na sądeckiej wsi – komentuje Połomski.

Więcej można przeczytać w kwartalniku „Sądeczanin HISTORIA. Żydzi: Życie i Zagłada”. (oprac. [email protected])







Dziękujemy za przesłanie błędu