Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Niedziela, 23 czerwca. Imieniny: Albina, Wandy, Zenona
17/12/2022 - 18:05

Wielu z nas dało się nabrać. Historia tej rakiety jest bardzo dziwna…

Historia rakiety, która spadła w Przewodowie wstrząsnęła nie tylko Polską, ale całą Europą. Od początku było jednak wiadomo, że coś w tym wszystkim jest wyraźnie nie tak.

O dziwnej historii pewnej rakiety w grudniowym miesięczniku „Sądeczanin” pisze Jan Rokita, polityk i publicysta:

- Późnym popołudniem sensacyjną wiadomość podała amerykańska agencja AP i chyba za nią (a może z jakichś własnych źródeł) powtórzył w Polsce dziennikarz Radia Zet. Dziś wiemy, że amerykański dziennikarz, który dostał i przekazał ową wieść – Jim La Porta, to nie byle kto, ale były komandos piechoty morskiej, weteran wojny w Afganistanie, a w ostatnich latach wzięty i nagradzany reporter i fotograf, sławny w Ameryce choćby z rozpracowania skandalu ze zdjęciami nagich żołnierek, jakie udostępniali sobie w chmurze żołnierze US Marines.

La Porta w treści swej informacji zasugerował, że na Polskę spadła rosyjska rakieta, bez precyzowania, co bliżej owa „rosyjskość” miałaby w praktyce znaczyć. W każdym razie post factum szefostwo agencji AP, chyba z przesadną restrykcyjnością, wylało z pracy znanego dziennikarza, zarzucając mu, iż nie sprawdził w innym niezależnym źródle całej informacji, przez co mogła ona być rozumiana, jako wieść o zbrojnym ataku Rosji na państwo należące do sojuszu NATO.

Faktem jest, że od jakiegoś czasu zatraciliśmy zdolność rozumnego czytania podawanych nam informacji. Czasem wystarczy nawet jakiś całkiem błahy powód, aby w mediach społecznościowych, ni z tego ni z owego, wybuchło zbiorowe podniecenie, które dziennikarze uwielbiają relacjonować pod hasłem „burza w sieci”.

Jak przeglądam informacyjne portale, to prawie każdego dnia czytam z uśmiechem na twarzy o kolejnej „burzy w sieci”, najczęściej wokół jakiegoś kompletnego idiotyzmu: głupawej opinii polityka czy celebryty, albo przekręconego czy też przynajmniej wyolbrzymionego faktu, czasem aż do granic absurdu. Właśnie pod ten ostatni przypadek świetnie podpada „news” o owej „rosyjskiej rakiecie”, która spaść miała na Polskę.

Z premedytacją milczało Wojsko Polskie i wszystkie polskie władze, milczeli również Amerykanie, dysponujący najszybszymi i precyzyjnymi danymi o tym, co w sensie wojskowym dzieje się na wschodniej flance NATO. W tamten wtorkowy wieczór żadne władze nie formułowały ostrzeżeń dla ludzi mieszkających na polsko-ukraińskim pograniczu, ani sugestii jakiejkolwiek reakcji, czy to ze strony Polski, czy Ameryki, czy całego NATO. To każdemu powinno było dawać do myślenia.

Jeśli więc kto przez chwilę pomyślał, to musiał dojść co najmniej do dwóch banalnych wniosków. Pierwszego – że nie może być żadnego „ataku na Polskę”, bo gdyby istniał choćby cień takiej możliwości, to alarm panowałby już we wszystkich dowództwach Sojuszu Atlantyckiego, w Europie i Ameryce. I drugiego – że za sprawą musi kryć się jakiś poważny ambaras i jakaś tajemnica, skoro wszelkie „czynniki oficjalne” nabrały wody w usta.

Prawdę mówiąc, byłem mocno zdziwiony, kiedy nie tylko w mediach społecznościowych, ale w poważnych polskich telewizjach, wieczorem pojawili się rutynowi komentatorzy, którzy używając wszelkich najbardziej brutalnych określeń pod adresem Rosji, piętnowali „atak Putina na Polskę”. W TVP wyróżniał się zwłaszcza pewien kąpany w gorącej wodzie generał, uważany teraz za eksperta od wojny na wschodzie, który siedząc sobie wygodnie przed komputerem w swoim domu, niemal proklamował wojnę polsko-rosyjską.

Nie wszyscy (Bogu dzięki) próbowali podburzać tamtego wieczora namiętności widzów TV, ale do tej pory nie mam pewności, czy ci, którzy tak właśnie czynili, robili to z własnej psychicznej niezdolności zapanowania nad nerwami, czy raczej z niedostatku umysłowej kompetencji do komentowania polityki.

A jeszcze oliwy do ognia najmocniej dolał sam prezydent Zełeński, występując niemal natychmiast z żarliwymi słowami współczucia dla zabitych Polaków i solidarności z Polską, zaatakowaną przez zbrodniczy reżim Putina. Ładne i poruszające były to słowa. Ale po tym wystąpieniu, słuchanym z uwagą bodaj w całej Polsce, sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej dziwaczna i niezrozumiała.

Jak to jest (sam sobie zadawałem wtedy takie pytanie), że o ataku rosyjskim na Polskę wie tylko prezydent Ukrainy, wie dużo więcej niźli rządy Polski i USA, i tylko on jeden z całego świata zapewnia nas o swoim poparciu i wspólnej walce? A jeśli już z jakichś powodów w Kijowie istotnie wiedzą więcej niźli w Waszyngtonie i Warszawie (co samo z siebie wyglądało na absurd!), to dlaczego nie przekazują najpierw swej wiedzy o rosyjskim ataku zaprzyjaźnionemu polskiemu prezydentowi i rządowi, tylko tak spektakularnie ogłasza o tym publicznie.

 Zaraz potem pokazały się stanowcze i dość racjonalnie brzmiące zaprzeczenia płynące z Moskwy, wedle których, owszem, potwierdzano ostrzał zachodniej Ukrainy, ale nie bliżej, niźli 35 kilometrów od polskiej granicy. Wyglądało na to, że w Moskwie mocno zdenerwowali się, gdy pojęli, że komuś na świecie całkiem serio może przyjść do głowy, iż Putin nagle postanowił uderzyć na Zachód. No ale w końcu (pomyślałem w tamten wieczór, pewnie tak samo jak miliony Polaków), któż by wierzył Moskalom, skoro Bóg tylko raczy wiedzieć, jaką prowokację oni tam w Moskwie tym razem szykują!

Dziś wiemy, że tamtego wieczoru prezydent Zełeński został wprowadzony w błąd przez dowództwo ukraińskiej armii. Dwa dni później sam ustępliwie przyznał, że w gruncie rzeczy nie ma żadnej pewności co do tego, skąd wystrzelono pocisk, który w efekcie spadł na terytorium Polski.

Żeby zrozumieć gwałtowną reakcję Zełeńskiego, warto wczuć się w jego sytuację w tamten wtorkowy wieczór. Wtedy zapewne łatwiej rozplątać zagadkę, jak to możliwe, że przywódca Ukrainy z taką łatwością sam się wpędził w tamto nieszczęsne i bardzo emocjonalne oświadczenie, prezentujące fałszywą wersję zdarzeń.

Tamten wtorek – to był dzień potężnych, ponoć najpotężniejszych w tej wojnie rosyjskich ataków na ukraińską energetykę. Zełeński widział, jak na jego oczach załamuje się energetyka całego kraju, a milionom ludzi stającym w obliczu zimy grozi humanitarna katastrofa. Rosyjska rakieta, która – obojętnie, celowo czy przypadkiem – spada przy tej okazji na Polskę i zabija dwoje niewinnych Polaków, musiała mu wydać się w takich okolicznościach niemal darem z nieba.

Oto dostaje do ręki koronny argument, iż to w obronie Polski, a nie tylko samej Ukrainy, NATO winno zamknąć ukraińskie niebo, czego bezskutecznie przecież domaga się od Ameryki od pierwszego dnia wojny. Musiała mu zaświtać nadzieja, że skoro strachliwego Bidena dotąd nie przekonały ani zniszczone atakami z powietrza ukraińskie miasta, ani zabijani w nich ukraińscy cywile, ani wizja zimowej katastrofy humanitarnej Ukrainy, to może teraz wywoła wstrząs Amerykanów fakt, iż od rosyjskich pocisków giną także Polacy i to na ziemi NATO, której „każdej piędzi” Biden obiecywał przecież bronić.

Trzeba było więc kuć żelazo póki gorące. Wyeksponować i wyolbrzymić polityczną doniosłość ataku na Polskę, wykazać, że nawet jeśli był on wynikiem jakiegoś błędu Moskali, to jest to w istocie błąd pozorny, gdyż w Moskwie zawsze liczono się i ćwiczono plan uderzenia na znienawidzoną Polskę.

Do tego dołączył ukraiński szef dyplomacji Kuleba, który na Twitterze ogłosił, iż w całkiem nowej sytuacji, to Ameryka przestanie chyba w końcu odmawiać Ukraińcom nowoczesnych bojowych samolotów, które byłyby zdolne eliminować rosyjskie wyrzutnie rakiet i pocisków.

Nie można się w najmniejszym stopniu dziwić ani Zełeńskiemu, ani Kulebie. Tak samo jak oni postąpiłby każdy przywódca walczącego narodu, któremu sojusznicy odmawialiby z uporem wsparcia, na serio umożliwiającego odparcie agresji i militarne zwycięstwo.

Jeśli się to sobie uzmysłowi, to natychmiast pojmuje się także, jakim szokiem dla przywódcy Ukrainy musiała być wieczorna wiadomość, iż Polska i Ameryka mają dowody na to, iż w pod Hrubieszowem spadł przypadkowo antypocisk, wystrzelony przez obronę powietrzną Ukrainy. I że jest tylko kwestią godzin, kiedy dwójka kluczowych sojuszników – Waszyngton i Warszawa, poda publicznie informację, nieuchronnie stawiającą przywódcę walczącej Ukrainy w katastrofalnej dlań roli kogoś, kto zmyśla fakty i ze zmyślonych faktów próbuje uzyskać korzyści dla swojego kraju…

Dalszą część felietonu Jana Rokity można przeczytać w grudniowym miesięczniku „Sądeczanin”. Sprawdź również: Tego nie można przegapić! Co znajdziecie w grudniowym wydaniu "Sądeczanina"? 

(oprac. s[email protected], fot. SKS oraz Pixabay)







Dziękujemy za przesłanie błędu