Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Sobota, 25 września. Imieniny: Aureli, Kamila, Kleofasa
31/07/2021 - 17:15

"Zdalnie. Zda? Nie!" O kłopotach polskiej szkoły pisze Jakub M. Bulzak

- Dobiegł końca chyba najdziwniejszy rok szkolny w dziejach oświaty. Jak było? Ech… Rok temu na łamach naszego miesięcznika opublikowałem podobny tekst, podsumowujący trzy miesiące zdalnej edukacji. Przeczytałem go teraz na nowo i w zasadzie polecałbym Państwu zrobić to samo: ani jedna z obserwacji i postawionych tez się nie zdezaktualizowała - pisze Jakub M. Bulzak.

Było jak było

Od tamtego czasu zmieniło się jedno: ucywilizowany został sposób prowadzenia lekcji. Szkoły wybrały komunikatory, przez które w czasie rzeczywistym, według podziału godzin,  w jednym wirtualnym miejscu, spotykali się uczniowie i nauczyciele. I w zasadzie tyle. Narzędzi do prowadzenia zajęć nadal trzeba było poszukiwać na własną rękę lub samodzielnie je tworzyć. W tym względzie nauczycieli byli całkowicie osamotnieni – ta kwestia nie znalazła się w polu zainteresowania ministerstwa i kuratoriów.

Niezmienne pozostały oczekiwania wobec szkoły. Mało kogo martwiło, czego i jak się dzieci nauczą (a raczej nie nauczą), największym problemem była kwestia opieki. Jak już pisałem rok temu, absolutnie nie neguję, że organizacja opieki nad dziećmi jest dla pracujących rodziców nie lada wyzwaniem. Ale można było chociaż trochę poudawać, że jako społeczeństwo martwi nas zaburzenie procesu dydaktycznego…

Niezmiennie też pod koniec miesiąca wyczerpywał mi się wykupiony transfer Internetu, bo oczywiście pracować musieliśmy na prywatnym sprzęcie. Fakt, organy prowadzące dokupiły szkołom trochę sprzętu (np. tablety), który można było „wziąć w leasing”, ale dla wszystkich i tak nie wystarczyło. No i można było jeszcze korzystać z komputerów w szkole, choć tu mieliśmy do czynienia z pewną niekonsekwencją: z jednej strony sugerowano, że jak nie chcesz pracować na swoim, możesz na szkolnym, a z drugiej apelowano, by nie wychodzić z domów…

Ale nie będę tutaj ponownie udowadniał swoich racji sprzed roku – chcę dać trochę obrazków z ostatnich miesięcy. One w większości dotyczą realiów szkoły średniej, bo sam w takiej pracuję i większość moich znajomych to również nauczyciele liceów.

Problemy techniczne…

W przekazie medialnym dominowały opowieści o uczniach, którzy mieli problemy z udziałem w lekcjach zdalnych: o niedoborach sprzętowych, słabym zasięgu internetu (zwłaszcza w regionach górskich, czyli u nas), a przede wszystkim o problemach psychicznych i społecznych.

O uczniach, którzy „zniknęli” z systemu, o depresjach, o utracie kompetencji społecznych, o zaburzonej socjalizacji. Sam zetknąłem się z kilkoma takimi sytuacjami. Uczniowie introwertyczni byli całkowicie nieaktywni, bo o ile w żywym kontakcie czasem szepnęli coś pod nosem, tylko do nauczyciela, albo nie mając wyjścia, gdy zostali wywołani do odpowiedzi, musieli wydusić z siebie parę słów, to w edukacji zdalnej mogli schować się za zasłoną „problemów technicznych”: często zwyczajnie bali się zabrać głos w sytuacji, gdy będą wyraźnie przez wszystkich słyszani. Choć z drugiej strony, miałem ucznia, bardzo zdolnego, który w sali raczej nie zabierał głosu, a na lekcjach zdalnych niemal codziennie był bardzo aktywny (zresztą po majowym powrocie do szkół on też wrócił do „cichej obecności”).

Byli uczniowie sparaliżowani strachem przed ustną odpowiedzią, którzy nigdy nie uruchamiali kamerek internetowych, a nawet mikrofonów. Znam też przypadek dziewczynki z podstawówki, zdolnej i ambitnej, a nawet zbyt ambitnej, która w obliczu różnych technicznych problemów utrudniających uczestnictwo w lekcjach popadła w depresję i musiała podjąć terapię psychiatryczną.

Tak, były takie sytuacje i wcale niemało. Ale moje doświadczenia z okresu nauczania zdalnego dowodzą raczej, że przeważająca część uczniów miała dodatkowe, siedmiomiesięczne wakacje. Ich aktywność sprowadzała się do tego, by w odpowiednim momencie zalogować się na odpowiednią lekcję i nierzadko mrucząco-zaspanym głosem wypowiedzieć słowo „jestem” w czasie sprawdzania obecności.

Bo nawet jeśli nauczyciel starał się aktywizować całą klasę w czasie zajęć (co oczywiście jest praktycznie niemożliwe nawet na zwykłych lekcjach, a co dopiero w nauczaniu zdalnym), to brak ochoty na udział w nich można było skutecznie usprawiedliwić najpowszechniejszą wymówką: „problemy techniczne”. Hurtowo otrzymywaliśmy wiadomości typu: „Zerwało mi połączenie”, „Wyrzuciło mnie ze spotkania”, „Nie działa mi mikrofon”, „Nie miałem prądu” itp.

I konia z rzędem temu, kto potrafi odróżnić wykręt od prawdy. A bombardowani ze wszystkich stron historiami, o jakich wspominałem we wcześniejszym akapicie, oraz ciągłym przypominaniem o empatii, wyrozumiałości, łagodnym podejściu, nawet nie podejmowaliśmy inkwizycyjnych wysiłków, by „oddzielić owce od kozłów”. Oczywiście interweniowaliśmy w przypadkach ewidentnych, albo szczególnie bezczelnych, ale „milcząca większość” jakoś przetrwała.

Raz w czasie prowadzonej przeze mnie lekcji jedna uczennica przypadkiem włączyła swój mikrofon, dzięki czemu mogłem usłyszeć radosną konwersację moich uczniów, prowadzoną równolegle z moją lekcją na innym kanale komunikacyjnym…

Czyny wyczerpujące znamiona

W czasie edukacji zdalnej na masową skalę popełniane były przestępstwa z art. 115 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, który brzmi: Kto przywłaszcza sobie autorstwo albo wprowadza w błąd co do autorstwa całości lub części cudzego utworu albo artystycznego wykonania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3.

Chodzi oczywiście o przesyłane jako własne skopiowane z internetu opracowania innych autorów. Działo się tak zarówno w przypadku zadań domowych, jak i sprawdzianów. Absolutną palmę pierwszeństwa dzierży jeden z moich uczniów, który jako odpowiedź na jedno z pytań na sprawdzianie przesłał opis książki ze strony wydawnictwa, kopiując dosłownie wszystko: jej tytuł, nazwisko autora i tłumacza, rok i miejsce wydania, numer ISBN, ilość stron itd.

Jakub M. Bulzak. Fot. Daniel Szlag
W tym względzie edukacja zdalna miała jeden plus: uczniowie wszystko przesyłali w wersji elektronicznej, więc wystarczyło zaznaczyć i skopiować losowe zdanie: wrzucone w internetową wyszukiwarkę dawało odpowiedź co do samodzielności pracy. No, chyba że uczeń był inteligentny i sprytny i stosował na przykład taki chwyt: kopiował z internetu gotowe zadanie, w translatorze tłumaczył je najpierw na dowolny język obcy, a potem z tego języka znów na polski.

Wystarczyło zrobić drobną korektę tłumaczenia (wygładzając zwroty typu „Kali jeść, Kali pić”) i odesłać – w takim przypadku wyśledzenie oszustwa jest praktycznie niemożliwe. Chyba, że ktoś (jak jedna moja uczennica) zapomniał o tym ostatnim etapie i wysłał zadanie mocno podejrzane gramatycznie – wtedy nauczyciel miał możliwość nabrać podejrzeń. Ale to i tak nie był wystarczający dowód na plagiat. Moja uczennica się przyznała. Może dlatego, że zapamiętała często powtarzane przeze mnie zdanie: „Pamiętajcie, że nauczyciele nie są tak głupi, jak wam się wydaje, że są!”

Edukacja zdalna to nie tylko czas masowych, w sumie niewinnych, plagiatów. Przez te kilka miesięcy narodziło się coś w rodzaju szkolnego darknetu, gdzie trafiły wykonywane bez zgody nauczycieli nagrania ich lekcji, czy screeny widoków z kamer internetowych, które stały się bazą dla memów i filmików, w najlepszym przypadku głupawych, częściej niestety niesmacznych lub chamskich, a nierzadko wyczerpujących znamiona przestępstwa.

Ten aspekt odarcia nauczycieli z ich prywatności i narażenie na bycie ofiarą znieważenia jakoś umykał w rozmowach o szkole w czasach pandemii. Zresztą bohaterami wspomnianych memów i filmów byli nie tylko nauczyciele, ale również sami uczniowie, wzięci na cel przez nastoletnich prześladowców.

Po co wracać?

Wśród nauczycieli panowała dość powszechna opinia, że powrót do stacjonarnego nauczania od połowy maja z dydaktycznego punktu widzenia jest pozbawiony sensu. Przeważały głosy, że rok należało dokończyć w takiej formie, do jakiej przyzwyczailiśmy się przez 7 miesięcy.

Wakacje! Fot. BP

Powrót był zaczynaniem wszystkiego od nowa, tylko po to, by po 5 tygodniach udać się na wakacje. To zaburzało pewien rytm, do którego przyzwyczajeni są nauczyciele i uczniowie: maj i czerwiec to czas kończenia, od rozpoczynania jest wrzesień. Domęczylibyśmy się jakoś przed ekranami komputerów, potem ochłonęlibyśmy przez wakacje i 1 września, miejmy nadzieję normalnie, wkroczylibyśmy w nowy etap.

Ze względu na to, że w tym roku w szkołach nie odbywały się praktycznie żadne działania, przez które przepadałyby lekcje (wycieczki, wyjścia do kina, dni patronów, święta szkół, spotkania z zaproszonymi gośćmi itp.), nauczyciele materiał przewidziany podstawą programową mieli zrealizowany mniej więcej już w końcu maja.

Zatem po powrocie można było w zasadzie tylko powtarzać materiał. I tego też się obawialiśmy. Bo doskonale zdajemy sobie sprawę, że w grupie pół miliona polskich nauczycieli znajdują się jednostki, mówiąc delikatnie, zbyt ambitne, które te pięć tygodni próbowały wykorzystać na nadrobienie całego roku, albo co gorsza, na rozliczenie uczniów(...) Fot: Pixabay/Daniel Szlag. Przemysław Bawołek

Pełny tekst materiału Jakuba M. Bulzaka znajdziecie Państwo w lipcowym numerze miesięcznika Sądeczanin







Dziękujemy za przesłanie błędu

„Mecenas Czytelnictwa”