Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Środa, 27 stycznia. Imieniny: Anieli, Juliana, Przemysława
29/06/2018 - 07:00

Sto lat sądeckiej przedsiębiorczości. Magister Mors... biznes i sztuka

Postawił na sztukę uliczną. Jego murale znają nie tylko sądeczanie. Także mieszkańcy innych polskich miast. Ukrywa się za pseudonimem i nie godzi się na robione z bliska zdjęcie. Czy przyobleczony w mgiełkę tajemniczości artysta nazywający siebie magistrem Morsem jest nie tylko zdolnym malarzem, ale także sprawnym menadżerem, który panuje nad rozwojem swojej kariery i na sztuce potrafi zarabiać dobre pieniądze?

Czy magister Mors to także biznesmen Mors? Malowanie murali to nie tylko pana pasja, ale także biznes. Z tego przecież pan żyje. Niewielu artystom to się udaje
To rzeczywiście moja, praca i zarazem pasja. Ale o samych finansach nie chciałbym mówić.

Nie zamierzam rozmawiać wyłącznie o finansach, tylko o pana malarstwie, które stało się także sposobem na zarabianie pieniędzy. To będzie o sukcesie po sądecku, dodajmy niebanalnym sukcesie magistra sztuki. Bo Mors jest przecież najprawdziwszym magistrem.
Jestem absolwentem Uniwersytetu Śląskiego. Kierunek, który ukończyłem to edukacja artystyczna . Studiowałem w Instytucie Sztuki. Ale muszę przyznać, że ten wybór mojego kierunku kształcenia wynikał wyłącznie z moich artystycznych pasji, silnej fascynacji malarstwem, sztuką graffiti i street artem. Nie myślałem o tym w kategoriach uprawiania zawodu, który przyniesie mi konkretne pieniądze.
 

Ostatecznie jednak to właśnie malarstwo stało się pana głównym źródłem utrzymania i przyniosło panu duży lokalny sukces. Niemal wszyscy sądeczanie wiedzą kim jest magister Mors. Ale ta droga do popularności wiodła między innymi przez… uliczne nauczanie  poprawnej polszczyzny za pomocą graffiti. Tajemniczy nauczyciel przebił się nawet do głównych wydań ogólnopolskich, telewizyjnych dzienników.
Traktowałem to jako przedsięwzięcie bardziej artystyczne. Cykl związany z napisami odnoszącymi się do poprawnej polszczyzny robiłem za pomocą prostego, typowego graffiti, które na ogół się nie podoba. To nagłe, pozytywne zainteresowanie jakie temu towarzyszyło bardzo mnie zaskoczyło. Ale nie brak też było negatywnych komentarzy. Słyszałem: Mors, malujesz tyle trudnych rzeczy, a wypłynąłeś na takich gniotach. 

A to były gnioty?
Pod względem artystycznym, jakościowym i estetycznym to było bardzo słabe, przynajmniej te początkowe napisy.

Może i tak, ale miały dużą siłę rażenia i ogromną wartość przekazu. To była przemyślana pijarowska sztuczka?
Proszę mi wierzyć, że nie było w tym żadnego marketingowego planu. Moje pierwsze napisy z tego cyklu pojawiły się na garażu, gdzie było mnóstwo innych graffiti. To było naprawdę dziwne, że ktoś to w ogóle zauważył. Ale bez zwątpienia swoje zrobił też internet, gdzie moje prace się pojawiają. Dziś to jednak internet dominuje w przestrzeni publicznej i na pewno przyczynił się do nagłośnienia tego pomysłu.

Który okazał się genialny w swojej prostocie. Sam pan to wymyślił?
Projekty, które realizuję zawsze przez jakiś czas się we mnie budują. To często wynik rozmów z przyjaciółmi, rodziną. Często pozostawia to we mnie taki błysk, że coś trzeba zrobić.

I tak było z mariażem graffiti i pana zapędami do stania na straży poprawnej polszczyzny?
Właśnie tak. Mój kolega, z którym malowałem w grudniu ubiegłego roku robił mi uwagi dotyczące wymawianego przez mnie słowa. Już nawet nie pamiętam czego to dotyczyło. W każdym razie rozmawialiśmy na temat błędów językowych.

Mnie samego z kolei zawsze raziło, że wiele osób zamiast wziąć mówi „wziąść”. Spontanicznie zrobiłem z tego graffiti. To miała być taka oldschoolowa szkolna tablica. W ten sposób narodziła się pierwsza lekcja. Potem była kolejna ze słowem włączam i jeszcze następne. Przy trzeciej realizacji uświadomiłem sobie , że niespodziewanie odbija się to szerokim echem i wtedy świadomie zacząłem drążyć ten temat.

Do tego stopnia, że niektórzy byli przekonani, że za tym graffiti kryje się jakiś polonista.
Wiele osób myśli, że jestem polonistą. Kiedyś w urzędzie podawałem swoje dane i od obsługującej mnie pani usłyszałem:  „Myślałam, że pan skończył polonistykę. Widziałam pana graffiti z poprawną polszczyzną”. Zdarza się, że dzwoni do mnie kolega  z pytaniem „ Mors jak się pisze…”.

Czy magister Mors, który za pomocą graffiti uwrażliwiał ludzi na kwestie językowe pomógł zyskać popularność Morsowi malującemu wymagające dalece większych umiejętności i artystycznych zdolności murale?
Być może w jakimś stopniu tak, ale to, że ludzie znają moje obrazy,  bo wolę to nazwać to obrazami, czy też o nich mówią wynika raczej z samej pracy nad tą formą artystycznego przekazu, co w ogóle jest istotą street art. Robię to na oczach innych ludzi, którzy zawsze w mniejszej bądź liczniejszej grupie obserwują moją pracę. To także okazja do rozmów z ludźmi, którzy z kolei opowiadają o tym innym.

Rodzi się coś w rodzaju szeptanego marketingu?
Można to tak określić. W ten sposób pojawiają się też klienci, dla których realizuję zamówienia.

A więc jednak w naszej rozmowie dotarliśmy i do wątku finansowego pana pracy. Czy to przyzwoite źródło dochodu? Malowanie murali może być udanym biznesem?
Można na tym naprawdę dużo zarobić, ale jeśli chodzi o mnie, to nie na wszystkie zlecenia się decyduję. Często odmawiam.

Rezygnuje pan z dobrych pieniędzy, bo nie chce pan być chałturnikiem?
Chodzi o to, że nie wszyscy ludzie czują sztukę. Oczekują pięknych obrazków, które w istocie są zwykłym rzemiosłem i wykonaniem tego, czego życzy sobie klient. Bywa, że ktoś nie chce tego, co ja maluję, tylko przychodzi z gotowym obrazkiem i chce to rzucić na ścianę .Na to się nie zgadzam.

Nie wierzę, że nigdy się pan się nie łamie. To piękne być zawsze artystą, wiernym swoim wyobrażeniom o sztuce. Ale bywa, że rzeczywistość skrzeczy. Szczególnie ta materialna.
Powiedzmy, że czasem muszę iść na kompromis. Mówię wówczas klientowi, że zrealizuję zlecenie, ale nie jako magister Mors. Wykonuję to jako rzemieślnik. Ktoś, kto potrafi namalować obraz, ale się pod tym nie podpisuje. Raczej jednak unikam takich realizacji, bo przede wszystkim tracę na to czas i energię, a poza tym strasznie się wtedy denerwuję i bardzo to przeżywam. Staram się wykonywać takich zleceń jak najmniej. Traktuje to jako przykrą konieczność.

Konsekwentnie goni pan za marzeniami. Chce pan spełniać się artystycznie i jeszcze na tym zarabiać.
Prawdziwy artysta marzy o tym, żeby przyszedł do niego marszand i kupił obraz, który on sam namalował, a nie taki, który został zamówiony. Zresztą obrazy na zamówienie są najtrudniejsze i pozostawiają u artysty niesmak, wywołując poczucie frustracji.

Skoro marzy się panu wizyta marszanda, to znaczy, że pan maluje także obrazy na płótnie. W zaciszu pracowni.
Rzeczywiście, maluję również obrazy, szczególnie w okresie zimowym, kiedy aura uniemożliwia mi tworzenie murali. Szczególnie lubię malować portrety, ale i tu dopadła mnie komercja. Portery maluję głównie na zamówienie, ale jest to poprzedzone moją rozmową z osobą, którą maluję.

Nawet jeśli do tworzenia portretu wykorzystuję fotografię, to jest ona robiona przeze mnie z jakąś myślą i zamiarem oddania osobowości postaci, jakiegoś rysu charakteru. Ale w momencie, kiedy rozeszła się wiadomość, że maluję portrety, ludzie zaczęli mi po prostu wysyłać swoje zdjęcia. A ja nie potrafię namalować kogoś, kogo w ogóle nie widziałem i nie poznałem. W takich sytuacjach zdecydowanie odmawiam.

Czy magister Mors objawi się wreszcie w jakiejś wystawie?
Zaskoczę panią. Właśnie, wspólnie z moją żoną Karo, która też maluje, i robi to świetnie, przygotowujemy wystawę. To będzie cykl obrazów zatytułowanych „Dialog”. Nazwa jest nieprzypadkowa, bo każdy z obrazów zaczynam malować ja, a kończy go moja żona. To nasza artystyczna rozmowa.

Co będzie na tych obrazach?
Tego nie zdradzę.

Czy zobaczymy inną twarz magistra Morsa?
To będzie coś zupełnie nowego, innego w mojej malarskiej twórczości. Coś czego jeszcze nie było, choć w jakiś sposób będzie to powrót do moich artystycznych źródeł i do tego, co można dostrzec w moich muralach.

Ma pan swój ulubiony mural?
Jeszcze nie. Jak dotąd nie namalowałem takiego, z którego byłbym zadowolony i którym mógłbym się pochwalić.

Trudno w to uwierzyć, ale skoro tak pan twierdzi, to pozostaje nam czekać na to nieistniejące jeszcze cudo. Mamy tylko nadzieję, że namaluje je pan w Nowym Sączu.

Rozmawiała Agnieszka Michalik

Projekt jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Fot. Krzysztof Łacny







Dziękujemy za przesłanie błędu