Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Środa, 27 stycznia. Imieniny: Anieli, Juliana, Przemysława
09/01/2021 - 07:45

Był wielką gwiazdą telewizji i chętnie mówi o tym, że jest z Nowego Sącza

Wiedziało o tym niewiele osób. Antoni Gucwiński znany z telewizyjnego programu „Z kamerą wśród zwierząt” pochodzi z Poręby Małej. W rozmowie z „Sądeczaninem” dzieli się wspomnieniami związanymi z naszym regionem. Jak nam mówi, Sądecczyzna nauczyła go bardzo wiele i ceni sobie, że może się do niej przyznawać.

Panie doktorze jest pan mocno związany z Nowym Sączem. Urodził się pan przecież w Porębie Małej i dosyć długo mieszkał na Sądecczyźnie.
- Tak, to prawda - mówi Antoni Gucwiński. W Nowym Sączu byłem uczniem II Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego. Uczęszczałem tam do II klasy włącznie. Następnie przeniosłem się do Technikum Hodowlanego w Nawojowej.

Co pan najbardziej zapamiętał z tego okresu?
- Kiedy konfrontuję wspomnienia z tym, co dzieje się teraz, uważam że my, młodzi wówczas ludzie, byliśmy bohaterami. W ogólniaku mieliśmy lekcje na mrozie w klasie bez okien. Konieczna była gimnastyka dla rozgrzewki. Codziennie z Poręby chodziłem do szkoły pieszo około 7 km. Szliśmy grupą przez błoto, nieraz przy bardzo trudnych warunkach atmosferycznych. Buty odmarzały dopiero na długiej przerwie. Byliśmy jednak dobrymi uczniami i mieliśmy swoje ambicje. Wielu z nas, mimo różnych kłopotów „powędrowało w świat”. Nie było łatwo. Pamiętam również jak latem sadziliśmy z nauczycielem pierwsze drzewa na stadionie Sandecji. Był wtedy budowany, a my te tereny porządkowaliśmy.

Czym jeszcze charakteryzowały się czasy pańskiej edukacji?
- Był szacunek dla pedagogów. Byli to nauczyciele, których tytułowaliśmy profesorami. Doskonale prowadzili lekcje, co można zaobserwować po naszych późniejszych poczynaniach na różnych etapach kształcenia. Oprócz tego pamiętam jak mój biedny tata, który był rolnikiem, kupił mi stary rower, chcąc ułatwić drogę do szkoły. Nie było w nim jednak opon. Żeby mógł się toczyć wstawiliśmy więc przewód gumowy. Kiedy koledzy, którzy mieli lepsze rowery, uzupełniali powietrze w kołach, to ja robiłem to samo, chociaż w moich „oponach” powietrza nie było w ogóle. Po jakimś czasie to odkryli i śmiali się, że mam rower na sieczce. Przeżyłem i to.

Jak porównałby pan to do dzisiejszych czasów?
- Mimo tych trudności zawsze byliśmy pogodni i nie mieliśmy pojęcia o narkotykach czy innego rodzaju używkach. Nie było tak naprawdę żadnych posiłków w szkole. Kromka chleba musiała wystarczyć na cały dzień. Wracałem do domu na godzinę 17 i trzeba było odrobić lekcję przy lampie karbidowej, bo prądu u nas jeszcze nie było. Na drugi dzień pobudka o 5 rano i znów wędrówka. Tak to wtedy wyglądało. Dzisiaj wspominam to bardzo dobrze, jako piękny okres w życiu. Teraz jako emeryt mam więcej czasu i obserwuję, co dzieje się obecnie. Otwarty świat i możliwość poznawania języków, to jest coś kapitalnego i bardzo żałuję, że nie jestem uczniem w tych czasach.

Zobacz także: Są znani w całej Polsce i urodzili się w Nowym Sączu. Wiedzieliście o tym?

Pana dzieciństwo przypadło na trudny, wojenny czas. Jak pan zapamiętał wydarzenia z tamtego okresu, które miały miejsce na Sądecczyźnie?
- My żyliśmy na gospodarstwie, więc było bardzo trudno. Trzeba było oddać produkcję rolną w ramach kontyngentu. Zabierali nam również zwierzęta. Miałem jednak wyjątkowo pracowitych rodziców. Tata dużo pomagał sąsiadom. Jakoś sobie radziliśmy. Przeżyłem w okropny sposób epidemię czerwonki. Z tego co pamiętam to było to w 1943 roku. Po wakacjach z klasy, która liczyła 20 osób, zgłosiło się tylko 7. Reszta umarła. Nasza nauczycielka, gdy to zobaczyła, zaczęła po prostu płakać. 

Przeżył pan wtedy wiele trudnych chwil. Życie, zwłaszcza na wsi, nie było najprostsze.
- Tak, ale wspominam ten czas jako bardzo trudny z innego powodu. Miałem starszego o 10 lat brata, który był porywczym AK-owcem. Pracował w Warsztatach Kolejowych w Nowym Sączu. Pewnego dnia w południe przez Nowy Sącz przewoził furmanką ładunek broni. Po latach pytałem go, czy się nie bał. Odpowiedział, że się bał, ale musiał coś zrobić i wykazać się. Trudnym przeżyciem było spalenie domów sąsiadów za przynależność do partyzantki. Podczas aresztowań mojemu bratu udało się uciec, ale kilku jego kolegów zginęło. Młodzi partyzanci, których nazywało się „Jędrusie” często przychodzili do nas na posiłek, przygotowywany przez moją mamę. Mimo strasznej sytuacji patrzyli oni na przyszłość optymistycznie. Pamiętam sylwestra 1944/45. Nad Nowym Sączem wywiad wojskowy zrzucił rakiety i o północy miasto było oświetlone. Była to wskazówka, że idzie nowe i rzeczywistość się zmienia. Okres był bardzo ciężki, ale ludzie na wsi sobie pomagali. Był to warunek przetrwania.

Czy pasja do zwierząt narodziła się u pana już w dzieciństwie?
- Byłem na gospodarstwie bardzo aktywny. Nie nazwałbym tego jednak miłością do zwierząt. Kiedy byłem szefem Ogrodu Zoologicznego we Wrocławiu i przychodzili do mnie kandydaci do pracy mówiąc, że kochają zwierzęta, to najczęściej im odmawiałem. Zwierząt nie trzeba kochać, należy być wobec nich uczciwym. My staraliśmy się tę uczciwość mieć. Szczególnie moja mama była w stosunku do nich bardzo troskliwa. Razem z siostrami pomagaliśmy jej przy tym. Tato był natomiast organizatorem życia w rodzinie liczącej pięcioro dzieci.

Zobacz także: Każdy z nas był dzieckiem. Znani sądeczanie o sobie, z dystansem

Bardzo ciekawe jest, że chociaż zna pana praktycznie każdy, mało kto ma świadomość, że pochodzi pan właśnie z Sądecczyzny.
- Pewnie wiąże się to z tym, że wywędrowałem stamtąd dość wcześnie. Miałem kiedyś ambicje wydać w formie monografii swoje wspomnienia z tamtego okresu. Ostatecznie się to nie udało. Interesuje się jednak tym co dzieje się na Sądecczyźnie, bo moje dwie siostry cały czas tam mieszkają. Bardzo sobie cenię, że mogę się przyznać do Nowego Sącza. Pamiętam spotkanie sądeczan, które miało miejsce w Warszawie. Okazało się, że z tamtego rejonu wyszło mnóstwo osób, które w Polce pracowało na różnych wysokich szczeblach. Jest to ośrodek wyjątkowo opiniotwórczy. Wielu znanych ludzi się z niego wywodzi.

Czy po wyjeździe z domu rodzinnego często pan wracał do Nowego Sącza?
- Miałem do regionu duży sentyment. Nie miałem jednak za bardzo możliwości, bo zająłem się studiami. Ukończyłem dwa wydziały i prowadziłem zajęcia za granicą, co wymagało dużo przygotowań. Dlatego trochę zaniedbałem kontakty rodzinne. Nie mogłem brać udziału w ślubach czy komuniach bliskich osób. Takie jest życie. Nie znaczy to jednak, że w ogóle nie wracałem. Ostatni raz byłem tam około 10 lat temu.

Chciałby pan coś przekazać sądeczanom?
- Niech się zdrowo trzymają i pamiętają, że sądeczanin to pracowity, uczciwy i odpowiedzialny człowiek.

Rozmawiał: Mateusz Pogwizd, fot.: fot.: Fryta 73 from Strzegom - CC BY-SA 2.0,







Dziękujemy za przesłanie błędu