Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Niedziela, 15 grudnia. Imieniny: Celiny, Ireneusza, Niny
08/11/2019 - 18:45

Jerzy Giza w gronie Honorowych Obywateli Nowego Sącza [FILM, ZDJĘCIA]

Jerzy Giza, profesor oświaty, poeta, publicysta historyczny, autor licznych artykułów i książek, wnuk generała Józefa Gizy otrzymał dzisiaj tytuł Honorowego Obywatela Miasta Nowego Sącza. Stało się to w sali reprezentacyjnej sądeckiego ratusza, w 727. rocznicę lokacji miasta.

O przymiotach Jerzego Gizy i jego dorobku twórczego mówili, zabili głos inni goście. A potem Honorowy Obywatel Miasta Nowego Sącza utonął w życzeniach, kwiatach i upominkach.

Podczas Tej wspaniałej uroczystości wystąpił Młodzieżowy Chór „Scherzo”, Który poprowadził dyrygent dr Andrzej Citak . Wystąpili również z młodymi artystami Barbara i Andrzej Porzuckowie.

Poniżej zamieszczamy pełny tekst wystąpienia Jerzego Gizy, Honorowego Obywatela Miasta Nowego Sącza

W 1874 r. Cyprian Norwid poproszony o wyrażenie opinii w sprawie wybicia medalu ku czci Jana Matejki, tak odpowiedział listownie Bronisławowi Zaleskiemu z paryskiej oddali:

„Forma medalowej nagrody jest, dla mającego już znaki honorowe osobiste, jak zdegradować oficera, ale we wszystkim cokolwiek monumentalnie i publicznie pełni się, należy formę własną stworzyć, jak twórczy umysł Węgrów oryginalnie postąpił z Franciszkiem Lisztem, ofiarując mu szablę, bo żaden dar bez dania czegoś z siebie nie jest przyjmowalnym”…

 Przewielebni Duchowni!

Szanowny Panie Prezydencie Miasta Nowego Sącza!

Szanowni Państwo Radni naszego Królewskiego Miasta!

Szanowni Państwo – Przyjaciele, Sądeczanie i Podhalanie!

Zacznę od anegdoty związanej ze śp. gen. Mieczysławem Borutą-Spiechowiczem, jedną z najpiękniejszych żołnierskich postaci w dziejach Polski. Podczas naszych rozmów zapytał mnie kiedyś, co uważam za najważniejsze u oficera? Powiedziałem: honor, odwaga, ideowość, poświęcenie, wyszkolenie bojowe, inteligencja. A to pięknie, odpowiedział generał. A ja ci powiem, co usłyszałem od francuskiego wykładowcy w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie: il  faut  toujours  prevoir… (trzeba zawsze przewidywać – w sensie: umieć przewidywać).

Retorycznie zapytam, czy mogłem przewidzieć, że znajdę się w takiej oto sytuacji, jak dziś, mając zasługi niewielkie jak łepek od szpilki i wypełniając jakże skromną rolę we współczesności naszego Miasta? Oczywiście, że nie. Musiałbym być wyjątkowym pyszałkiem. 

Stałem już tutaj, za tą mównicą kilka razy w swoim życiu. Zawsze mi było łatwiej, bo nie stałem z własnego powodu. Dziś trudno mi zachować trzeźwości umysłu. Serce przerasta rozum. Całe szczęście nie na tyle, aby zapomnieć o rzeczy najważniejszej, zacząć od podziękowań, bo niewdzięczność jest gorsza od złodziejstwa, a grzeczność – jak napisał Norwid: „kosztowała ludzkość wieki i pracę”…

Składam zatem z głębi serca płynące podziękowania dla Wysokiej Rady Miasta Nowego Sącza za obdarzenie mnie tym tytułem – tym darem „przyjmowalnym”, jak to określił Norwid, darem danym z siebie. Daliście mi Państwo tak wiele, że więcej dać nie możecie. Czuję się zaszczycony i onieśmielony zarazem, a są to wzruszenia istotne. Jednocześnie czuję się zobowiązany, bo rozumiem to wyróżnienie zgodnie z dewizą Orderu Św. Stanisława: praemiando  incitat (nagradzając zachęca).

Składam podziękowania dla wszystkich Państwa Radnych na ręce przewodniczącej Rady Miasta, Pani Iwony Mularczyk, jako wnioskodawcy i na ręce wiceprzewodniczącego Rady Miasta Pana Artura Czerneckiego, jako inicjatora i głównego orędownika sprawy.

Składam podziękowania dla wszystkich, którzy swoją pracą przyczynili się do piękna dzisiejszej uroczystości. Dziękuję Orkiestrze Reprezentacyjnej Karpackiego Oddziału Straży Granicznej, chórowi I LO, Barbarze i Aleksandrowi Porzuckom, pocztom sztandarowym, wreszcie wszystkim Państwu, którzyście zechcieli towarzyszyć mi podczas tego jakże ważnego momentu w moim życiu.

Szanowni Państwo!

W Ewangelii św. Łukasza można przeczytać, że „Słudzy nieużyteczni jesteśmy, wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać…”, a to, jak napisał Herbert:

„Wcale nie wymagało wielkiego charakteru,

Nasza niezgoda, odmowa i upór

Mieliśmy minimum koniecznej odwagi

Lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku…” („Potęga smaku”)…

choć – nadal posługując się wersami Herberta – trudno zaprzeczyć, że w PRL „żyliśmy w czasach, które zaiste były opowieścią idioty pełną hałasu
i zbrodni”, ale przecież miałem wiarę głęboką w słowa Norwida, że „złe
i dobre nie są równej długości, pierwsze jest krótsze od drugiego, dlatego często żadnych sił nie mając, można być silnym”. Czyż nie bez przyczyny Ojciec Święty Jan Paweł II wołał: „nie lękajcie się, ducha nie gaście”...?

Jeden z największych poetów angielskich lord Byron napisał: „Walka o wolność, gdy się raz zaczyna, z krwią ojca spada dziedzictwem na syna”. To brzmi jak determinanta, jak imperatyw moralny, jak testament pokoleń, jak wyznacznik kierunku.

Oczywiście, nie byłoby mnie takiego, jakim jestem, bez fundamentu rodzinnego. Surowości i wymagań ojca, łagodności i wymagań matki, bez jej ciepła, bez jej miłości, która kształtując, wybacz ojcze, wymuszała na mnie więcej i skuteczniej niż twój – jak to dawniej przenośnie mawiano – paternoster. Nim nauczyłem się samodzielnie czytać, wsiąkałem poprzez jej wieczorną lekturę Sienkiewicza w piękno polskiej prozy, wsiąkałem
w bohaterskie eposy narodowe, miałem – jak u Żeromskiego – swoje „złote sny o rycerskiej szpadzie”, a poprzez wiersze polskich poetów wsiąkałem w skarby dziecięcej literatury, z których wiele pamiętam do dzisiaj. Można powiedzieć, że wtedy właśnie – nie zdając sobie z tego sprawy – wybrałem swoją życiową drogę, której stemplem mogłaby być ta słynna sentencja z wileńskiego cmentarza na Rossie: MATKA I SERCE SYNA. Wiedzieli o tym moi przyjaciele Górale Kliszczacy, odprowadzając Ją przed laty całą orkiestrą z muzyką na ostatnią drogę ze starego kościółka św. Heleny na cmentarz przy ul. Rejtana…

Tak, Matka nauczyła mnie szanować ludzi, szanować polskich bohaterów. Ta moja Matka, którą Mickiewicz jak wiele innych przed Nią przestrzegał: „O matko Polko! źle się syn twój bawi…”. Tak, to Ona spowodowała, że starałem się zadbać o przywrócenie zbiorowej pamięci Nowego Sącza nazwisk naszych Bohaterów, bo byli to, żeby użyć określenia Zygmunta Nowakowskiego, „pamiętni naszej Ojczyzny Synowie”, bo była to ta szlachta prawdziwa, której nazwiska nie widnieją zbyt często w herbarzach błękitnych, ale zawsze w tych herbarzach czerwonych – czerwonych od krwi własnej utoczonej na polach bitew. Starałem się zadbać o zachowanie ich spuścizny w mieście, w którym stacjonowali, w mieście, którego byli chlubą i ozdobą, bo tradycja ich żołnierskiej służby stała się i moją godnością, moją dumą, moim szlachectwem. Niedawne wydarzenia w kancelarii Premiera Rady Ministrów przyznały mi rację…

Ale, żeby Ojcu nie było smutno, to przypomnę jego powiedzenie, które skierowało moją osobistą ambicję na właściwe tory i ustrzegło przed „lenistwem serca”. Ojciec mawiał: „lepiej być ostatnim wśród najlepszych, niż pierwszym wśród dziadów”. Stąd starałem się bywać
w – par excellence – dobrym towarzystwie, tak jak i dziś pośród Państwa, starałem się być comme  il  faut!

A skoro było już o rodzinie, to wspomnieć chcę też o moich nauczycielach, bez których „byłbym do końca życia śmiesznym chłopcem, który szuka, chłopcem, który nie wie”, jak również o moich przyjaciołach.
O Tych, którzy żyją i o Tych, którzy odeszli. Miałem i mam bowiem szczęście do dobrych ludzi, często do ludzi w jakimś sensie charyzmatycznych. Miałem się od kogo uczyć. Mogłem brać przykłady ze strony – jakby rzekł Zdzisław Czermański – „kolorowych ludzi”. Przy czym kolorowych, nie znaczy tęczowych, tak jak „malować, nie znaczy farbować, a rzeźbić, nie znaczy oblizywać, bo to nawet fala z kamykiem uczynić potrafi”…

O nauczycielach wspomnę z wdzięcznością. O śp. Karolu Moszyckim, poruczniku rezerwy 8 pułku ułanów, który w mojej szkole podstawowej w Chełmcu uczył w czasach proletariackiego internacjonalizmu muzyki, techniki i w. f., a nauczył nas o Polsce więcej niż na niejednej lekcji historii. Kiedy na skrzypcach grał „Czerwone Maki” to płakał, a my śpiewaliśmy, jakby od mocy naszego śpiewu zależał los ostatniego szturmu żołnierzy gen. Andersa na Monte Cassino.

Wspomnę także o mojej pani profesor z Liceum, Annie Listwan, u której zacząłem od minus trzy w klasie pierwszej, a skończyłem na piątce w klasie czwartej. Ugruntowała mnie w miłości do polskiej literatury. Całe życie do niej sięgam, mimo, że z wykształcenia nie jestem polonistą. Wyławiam z niej to, co stanowi istotę polskości, stale szarpię te struny
i zaklęty w niej artyzm, stale uczę się by być jak u ks. Piotra Skargi, Philopolites, czyli miłośnik Ojczyzny.

Tak – Pani Profesor. Często staję lekko bezradny wobec tego, co wydarte z pamięci czasu mojego sądeckiego liceum, co wydarte spod purpury serca. Ale jeśli wychodzi się z takiego Zakładu Naukowego i spod takiej ręki, to wychodzi się każdego poranka wiosną życia lub na letnią przechadzkę z obrazami na sprzedaż, jak norwidowski „wędrowny Sztukmistrz o niebieskim oku”, co nocą w Wenecji lub w jakimś toskańskim miasteczku, gdzieś na stacji ostatniej, nie ma zwyczaju żałować, że już po balu być może. I kiedy pamiętasz, że ARS LONGA, to pisząc - nie wiesz, że staje się malowanie, a malując, że piszesz VITA BREVIS...

Z perspektywy czasu coraz jaśniej uświadamiam sobie, że Pani Profesor Anna Listwan wprowadziła mnie w świat, gdzie kultura i sztuka (w tym literatura!) nie jest w impasie, nie szokuje i nie brzydzi, aby zaistnieć wolnością trywialną. Zanurzony w jej pięknie, stale coś odkrywam, coś dostrzegam, coś mi ona pokazuje, coś ulotnego utrwala, niepokoi, pomaga przeżyć rozpacz, strach i ból. Ta literatura nie jest śmietnikiem i szaletem. Nie epatuje udziwnieniem, świństwem, chamstwem czy awanturą. Jest jak u Norwida „czerwona maku błyskawica”, jak „zieloność, co z lazuru i złota powstawa”, jak „bławatny i fioletowy powiew”, także tam, gdzie „mdlący zapach oleju, niesyte życia niedomyte dłonie i te obrazy nie wiadomo skąd” (ks. Janusz Pasierb). Dziękuję Panu Bogu, że mogłem to Pani powiedzieć w sercu naszego miasta…

Tak, od tych moich Nauczycieli wzięła się ta zaplatająca się wzajemnie literacko-ojczyźniana fascynacja, mająca kondensację w zapisach literackich wielkich polskich artystów: poetów, pisarzy, malarzy. Mówiąc kiedyś o najstarszych przejawach elementów patriotycznych w literaturze polskiej, bodajże po otrzymaniu Nagrody Szczęsnego Morawskiego, wspomniałem, że pozycją, do której często sięgam, jest pierwszy słownik języka polskiego, który opracował i wydał u początku XIX w. w niebagatelnym wówczas nakładzie 1200 egzemplarzy, Samuel Bogumił Linde (nota bene 100 egzemplarzy nabył Najjaśniejszy imperator wszech Rosji
i Najjaśniejszy król pruski – to była ta siła magnetyczna polskiej kultury, choć pod zaborami – informację tę dedykuję wszelkim prześmiewcom polskości wraz ze słowami Norwida:

„Kto dziś się jeszcze w nasze dzieje wczyta,

Powie o polskiej „pospolitej rzeczy: NIEPOSPOLITA”).

Ale moimi nauczycielami byli też żołnierze Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, jak z „Warszawianki” Stanisława Wyspiańskiego, stare Wiarusy, bynajmniej nie epizodyczne postaci w moim życiu na czele z Honorowym Obywatelem naszego miasta, śp. prezydentem RP Ryszardem Kaczorowskim, Wielkim Orędownikiem Wielkiej Narodowej Sprawy, ale także ze śp. kpt. Romanem Zaziemskim, któremu przyrzekłem, że odbuduję w Nowym Sączu pamięć o sądeckim wojsku i może właśnie wtedy, w latach osiemdziesiątych, gdy patrzył mi uważnie w oczy, gdy pytał nie mówiąc, wiedziałem, że nie mogę Go zawieść i okłamać, to może właśnie wtedy – dzięki Niemu i tej rozmowie – wygrałem te wszystkie późniejsze potyczki i boje w rodzinnym mieście, bo uwierzyłem wbrew nadziei (jak u Marii Konopnickiej: contra spem spero), a moje oczy, jak widać, wszystko Mu powiedziały i to Mu wystarczyło. Do dziś wśród najcenniejszych osobistych pamiątek mam dębową deskę z wkręconą odznaką 1 p.s.p. kpt. Zaziemskiego i wygrawerowanym przez Niego dla mnie pamiątkowym napisem: PRO FIDE ET PATRIA...

Tak, otrzymałem od ludzi o wiele więcej, niż dałem z siebie innym. Tak mi się przynajmniej wydaje, choć z drugiej strony może i jest w tym jakaś filozoficzna równowaga, bo w życiu obdarzano mnie licznymi wyrazami sympatii i nagrodami, a przecież wiadomo, że wdzięczność bywa często najrzadszą cechą świata.

Ale jak tu nie być równocześnie wdzięcznym Przedwiecznemu, Panu Bogu, bo to On prostuje ścieżki, On stawia na naszych drogach ludzi, daje znaki, i zadania do spełnienia. To, czego jestem beneficjentem, nie stałoby się na pewno bez Bożej Opatrzności, bez opieki „Tej, co Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci bramie”, bez Hetmanki Oręża Polskiego, Królowej Polski, nie stało by się bez Aniołów Ojczyzny...

Trzeba rzec jeszcze o tym nowosądeckim genius loci, tej przestrzeni jedynej w swoim rodzaju, która także mnie kształtowała. Na Sądecczyźnie wzrastałem w klimacie, w którym tradycja lachowska przeplatała się z góralszczyzną podług orkanowych „Wskazań dla synów Podhala”. Czułem zawsze to przenikanie się mesjanistycznego i mistycznego pojmowania gór jako tej gotyckiej świątyni, co w XX wieku okazała się szkołą charakterów w służbie narodu. DUCH gór stawał się DUCHEM NARODU. A kapelusz, peleryna, znak tajemny (swastyka, krzyżyk niespodziany) symbolami tego naszego wojska, które wyrosło z podhalańskiego ducha. I z tego wszystkiego czerpałem moją sądeckość, moje – szerzej patrząc – podhalaństwo rozumiane zarówno jako droga do doskonalenia się, jak i sięganie do głębi duszy polskiej, gdzie podług słów Wyspiańskiego: „Orzeł Biały i pole czerwone, i Rycerz cały we złocie, i Anioł, co w krzyż składa miecze”, a ja dodam: i chorągiew narodowa z napisem: „za wiarę i wolność” – „Honor i Ojczyzna”…

I zawsze tak trochę pompatycznie myślę o swoim rodzinnym mieście, jak bez żadnej przesady mawiano wieki całe o Krakowie. Od dziś
w szczególności w dwójnasób myśleć tak będę, inaczej już mi nawet nie wypada i zalecam to samo prześwietnym nowosądeckim rajcom! Panie
i Panowie: „Sandecz, totus  Poloniae  urbs  celebrima” (Sącz jest miastem w Polsce najsławniejszym)! I takim w moim sercu pozostanie…

I refleksja końcowa…

Wjeżdżając do Nowego Sącza od strony Chełmca, czy Zabełcza musi rzucać się w oczy każdego przybysza wyniesiona na skarpie baszta Kowalska jako skromna pozostałość po zamku królewskim. Wiele razy dziecięciem będąc, patrzyłem na to oszpecone brakiem zamku wzgórze, a potem młodzieńcem będąc, wyobrażałem sobie w pełnej krasie ten symbol minionej wielkości naszego grodu. Zawsze miałem nadzieję, że kiedy skończy się w Polsce komunizm, to wolne władze samorządowe Nowego Sącza postanowią ów królewski symbol naszego miasta odbudować. I wtedy często, jako licealiście, nasuwały mi się słowa wierszowanego listu Wyspiańskiego do Adama Chmiela, w którym zmieniałem słowo teatr na słowo zamek, a owe wersy brzmiały tak:

…Zamek mój widzę ogromny,
wielkie powietrzne przestrzenie,
ludzie je pełnią i cienie,
ja jestem grze ich przytomny …

…Ja słucham, słucham i patrzę –
poznaję – znane mi twarze,
ich nie ma – myślę i marzę…

Dziś jest świetna okazja, w Święto – bądź, co bądź – królewskiego miasta Nowego Sącza nie tylko o zamku wspomnieć, nie tylko pomarzyć, ale i postanowić!

Nim spełniło by się wielkie (wizyjne!) marzenie o rekonstrukcji samego zamku, może warto było by – jak napisał Wyspiański – zapełnić owe „wielkie powietrzne przestrzenie” cieniami, które w wyobraźni poetów, artystów, marzycieli snują się nocną porą po tym pustym zamkowym wzgórzu – tam, gdzie kiedyś jako żywi bywali. A nie byle jacy rycerze, książęta i królowie zbierali się na tym sądeckim zamku! Tu szykowali plan rozprawy z Krzyżakami król Władysław Jagiełło z księciem Witoldem, stąd wyruszył na Węgry objąć tron Władysław zwany później od miejsca swej śmierci Warneńczykiem, tu przebywał Kazimierz Jagiellończyk i tu kształcili się jego synowie pod okiem Jana Długosza i włoskiego humanisty Buonacorsiego, stąd w czas „potopu” wygnano jako z pierwszego miejsca w Polsce szwedzkich okupantów i komendantem zamku został pułkownik Mikołaj Giza, co to, aby „darmo jeńców nie żywić, wykorzystał ich do naprawy murów miejskich”. Cienie tych historycznych postaci przesuwają się poprzez dzieje Polski i Nowego Sącza zarazem – „ja jestem grze ich przytomny, poznaję – znane mi twarze, ich nie ma – myślę i marzę…”. Budzę się ze snu, a pod basztą Kowalską sika rycerzyk…,
a mógłby np. stać konny pomnik któregoś polskiego władcy, jak stoi pomnik króla Jana III Sobieskiego na Słowacji pod węgierskimi Parkanami!

Dalej wątku nie rozwijam, zostawiając sprawę Państwa domyślności i grze wyobraźni, a Panu Prezydentowi po stokroć brawa…

Szanowni Państwo!

Ojciec Święty Jan Paweł II powiedział kiedyś: „Niech każdy niesie ile może i dokąd może, dalej to Boża jest rzecz nie człowiecza”. Czynię zatem publiczne zobowiązanie, że jeśli Pan Bóg pozwoli, to postaram się nadal być swojemu rodzinnemu miastu pożytecznym, bo parafrazując słynne powiedzenie Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, rzeknę: „Nie pytaj co Nowy Sącz może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla Nowego Sącza”… i tu bym dodał, nie za pieniądze, ale pro bono!

Starałem się, aby do rodzinnego miasta nie przyjeżdżać zwykle
z pustymi rękami. Dlatego proszę mi wybaczyć, iż zajmę jeszcze chwilę.

Wszyscy żyjemy od maja br. informacją, że Wojsko Polskie wraca na Sądecczyznę. Nim tak się stanie, nadal tradycje Garnizonu Nowy Sącz podtrzymuje w piękny sposób Karpacki Oddział Straży Granicznej, której Patronem jest 1 pułk strzelców podhalańskich. I właśnie w starych koszarach tegoż pułku, powstanie – mam nadzieję – Muzeum jako kontynuacja tego, co było w tym miejscu w latach 1935-1939, a co zostało unicestwione przez niemieckiego okupanta.

Najważniejszymi eksponatami tegoż muzeum była wówczas maska pośmiertna Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego i urna z ziemią z pobojowisk z lat 1919-1920, na których krwawił się 1 pułku strzelców podhalańskich. Eksponaty te zostały złożone uroczyście w Muzeum 3 października 1936 r. podczas wizyty w Nowym Sączu marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza i wiceministra Spraw Wojskowych gen. Tadeusza Kasprzyckiego. Niestety, żaden z tych eksponatów nie zachował się…

Zatem, dziś pragnę przekazać uroczyście na ręce komendanta Karpackiego Oddziału Straży Granicznej Pana płk. Stanisława Laciugi, na dobry początek tworzenia się Muzeum 1 pułku strzelców podhalańskich, maskę pośmiertną Józefa Piłsudskiego, która została mi przed laty ofiarowana do mojej osobistej dyspozycji.

Panie Pułkowniku, Depozytariuszu tradycji Korpusu oficerskiego, podoficerskiego i żołnierskiego 1 pułku strzelców podhalańskich, Opiekunie idei Garnizonu Nowy Sącz, wpisanego złotymi zgłoskami do Księgi Chwały Oręża Polskiego, przyjmij proszę i otocz troskliwym baczeniem maskę pośmiertną marszałka Józefa Piłsudskiego, Honorowego Obywatela Miasta Nowego Sącza. Niech stanowi zgodnie z tradycją centralny punkt przyszłego Muzeum 1 pułku strzelców podhalańskich!

To, co teraz pozwolę sobie wręczyć ma związek z Honorowym Obywatelem Miasta Nowego Sącza, Panem prezydentem Ryszardem Kaczorowskim.

Rzecz pierwsza to karykatura Pana Prezydenta autorstwa Ewy Barańskiej-Jamrozik, której życzeniem było, abym publicznie ofiarował ją Panu Arturowi Czerneckiemu, za skuteczne przeprowadzenie w 2008 r. procedury HO dla Ryszarda Kaczorowskiego.

Rzecz druga, to słowa i nuty pieśni pt. „To Oni…!” autorstwa Feliksa Konarskiego, wybitnego polskiego poety, autora słów pieśni „Czerwone Maki na Monte Cassino”.

Pieśń „To Oni!” miała mieć swoje premierowe wykonanie 19 maja 2010 r. w Społecznej Szkole Podstawowej nr 1 w Krakowie w wykonaniu szkolnego chóru podczas uroczystości katyńskiej, aby zrobić przyjemność Panu prezydentowi Kaczorowskiemu, bowiem pieśń ta dedykowana przez autora jego córce Jagodzie, nigdy nie wybrzmiała, a jak Państwo wiecie przed 19 maja 2010 r. był 10 kwietnia…

Dla Orkiestry Reprezentacyjnej SG na ręce Pana ppłk. Leszka Mieczkowskiego.

Dla Orkiestry Wojskowej 21 Brygady Strzelców Podhalańskich na ręce Pana płk. Rafala Iwanka.

Dla Orkiestry Góralskiej ze Skomielnej Czarnej na ręce Pana Mariusza Budy.

Dla chóru I LO „Scherzo” na ręce Pana dr. Andrzeja Citaka.

Szanowni Państwo!

Dziękuję za uwagę, to już naprawdę wszystko...

Nowy Sącz, 8 listopada 2019 r.

[email protected], fot. IM, film: Daniel Szlag.

Jerzy Giza w gronie Honorowych Obywateli Nowego Sącza




Jerzy Giza, profesor oświaty, poeta, publicysta historyczny, autor licznych artykułów i książek, wnuk generała Józefa Gizy otrzymał dzisiaj tytuł Honorowego Obywatela Miasta Nowego Sącza.



Dziękujemy za przesłanie błędu