Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Środa, 12 sierpnia. Imieniny: Hilarii, Juliana, Lecha
04/05/2019 - 19:55

Czarnobylska strefa wykluczenia po 34 latach - czy to miejsce nadal zabija?

Katastrofa w Czarnobylu zdarzyła się 26 kwietnia 1986 roku... Po tym, jak pierwszy raz podzieliłam się z Wami wrażeniami z wycieczki do Czarnobyla i Prypeci, kilka osób skomentowało na Facebooku, że moi przełożeni wysłali mnie tam, bo liczyli na to, że nie wrócę. Rozczaruję Was mocno. Umrzeć w czasie takiej wycieczki można tylko na własne życzenie. Skąd mam pewność?

No cóż, napisanie, że jest tu całkowicie bezpiecznie byłoby nadużyciem. Są miejsca – byliśmy tuż obok takich – gdzie promieniowanie nadal jest zabójcze. Oczywiście nie oznacza to, że dzieje się to natychmiast, ale wystarczy tam pobyć kilkadziesiąt minut, by skazać się na chorobę popromienną. Tak jest przy resztkach czerwonego lasu. To iglasty las, w którym wszystkie drzewa niemal natychmiast po wybuchu zmieniły kolor na czerwony. 

Likwidując go, wycięto wszystkie drzewa na naprawdę sporej powierzchni i zdjęto cztery metry ziemi pod nimi, by potem to wszystko zakopać – też kilka metrów pod ziemią – na terenie pobliskiego poligonu. Jednak nadal, gdy do tego miejsca zbliży się dozymetr, ten po prostu wariuje i wyje tak, że najchętniej człowiek wziął by nogi za pas.

Podobnie urządzenia pomiarowe reagują tuż przy łyżce, która używana była do zbierania rozrzuconych po eksplozji grafitowych prętów będących elementem reaktora nr 4. Wskazania dozymetrów sprawiają, że człowieka po prostu mdli. Dla kontrastu nasz przewodnik – Igor, syn jednego z likwidatorów -  zabrał nas w miejsce, gdzie stoi pojazd, który do tych samych prac podarowali rządowi radzieckiemu Japończycy. Mimo że stanęliśmy tuż pod nim, mierniki nie reagowały. Już w 1986 roku naród doświadczony tragedią w Hiroszmie i Nagasaki potrafił zbudować sprzęt z materiałów, które zupełnie nie przyjmowały promieniowania.

Zobacz też: Czarnobyl: żyje, choć nigdy żyć już nie będzie [WIDEO/ZDJĘCIA]

Teraz mała dygresja. Zastanawiacie się pewnie, że niebezpieczny, zabójczo radioaktywny gruz z reaktora czwartego można było przecież zebrać za pomocą urządzeń zdalnie sterowanych. Otóż okazało się, że elektronika siadała w nich zaledwie po dwóch godzinach w strefie napromieniowanej i tym samym nie nadawały się one do dalszego użytku.

Całą pracę musieli wykonać ludzie, których nazwano likwidatorami. Mieli zaledwie po 2 minuty, by wejść na dach reaktora i zrzucić kolejną porcję wspomnianych prętów. Wchodzili po trzech. Jeden z zegarkiem w ręku mierzył czas, dwóch pracowało korzystając z ochrony jedynie ołowianych blach. W Muzeum Czarnobylskim w Kijowie są zdjęcia tych ludzi, z których część była ochotnikami a większość trafiła do Czarnobyla w ramach wojskowej mobilizacji. Jeśli przy zdjęciu jest symbol radioaktywności, to oznacza, że likwidator już nie żyje. Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć jak szybko przybywają kolejne naklejki.

Ale wróćmy do zagrożenia, które jest teraz. Plan każdej wycieczki jest zatwierdzany przez urząd nadzorujący teren. Każdy, kto wchodzi do zony dostaje indywidualny dozymetr, który cały czas zlicza dawkę promieniowania, którą przyjmuje nasz organizm w trakcie zwiedzania.
Wszyscy są ostrzegani o tym, że pić można tylko z butelki i nie wolno jeść na otwartym terenie. Nie wolno chodzić po mchu, metalowym gruzie, studzienkach. Nie wolno siadać za wyjątkiem miejsc do tego specjalnie wyznaczonych. Nie wolno pod żadnych pozorem niczego dotykać, w szczególności przedmiotów metalowych. Obok reaktora czwartego – oglądając Arkę, czyli nowy sarkofag - nie wolno spędzić więcej niż 15 minut. W centrum dowodzenia przy Oku Moskwy bezwzględnie należy omijać piętro, na którym znajdowały się urządzenia wentylacyjne. Cały teren cały czas z góry nadzorują drony – Ukraina jest w stanie wojny i poziom kontroli na całym terenie jest podwyższony. Nasz przewodnik zapewniał, że nikłe są szanse na to, by ktoś tu się poruszał „samopas”.







Dziękujemy za przesłanie błędu

Sądeczanin HISTORIA (2-2020)