Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Środa, 11 grudnia. Imieniny: Biny, Damazego, Waldemara
15/11/2019 - 13:55

Weekendowy wieczór – niech więc pies kona godzinami w męczarniach

Kilkunastoletni pies pani Joanny Zagórowskiej konał w męczarniach, bo żaden weterynarz nie chciał mu pomóc. Kobieta wykonała kilkadziesiąt telefonów do wszystkich możliwych weterynarzy i lecznic na Sądecczyźnie, ale był akurat późny wieczór w długi weekend…

Pani Joanna Zagórska w schedzie po teściu, który zmarł odziedziczyła dwa kilkunastoletnie psy. Nie było mowy, żeby oddać je do schroniska. Rodzina Zagórskich ogrodziła też swoją posesję, żeby psiaki trzymać na łańcuchu.

– Nie jesteśmy jakimiś nawiedzonymi na punkcie zwierząt osobami, które pozwalają na to, by zwierzaki jadły im z talerza czy biegały po stole, ale zawsze uważaliśmy, że skoro zdecydowaliśmy się na posiadanie psów, to naszym obowiązkiem jest zapewnienie im należytej opieki, że musimy szanować ich potrzeby. O psa należy zadbać, nakarmić go i oprócz zapewnienia wybiegu wyprowadzić na spacer. I tak zawsze podchodziliśmy do tego tematu. Ale tego, co nam dane było przeżyć w nocy z soboty i niedzielę w ostatni długi weekend nie da się opisać i na pewno tego nigdy nie zapomnimy – rozpoczyna swoją opowieść sądeczanka.

Zobacz też: Ludzie bez serca! Wyrzucają swoje psy na ulice

O godz. 22.30 w sobotę 8 listopada jeden z psiaków zaczął przeraźliwie wyć, skomleć ewidentnie z bólu. Skowyt postawił na nogi całą rodzinę. – Pies cierpiał niewyobrażalnie. Kompletnie nie wiedzieliśmy jak mu pomóc – relacjonuje kobieta, która natychmiast postanowiła skontaktować się z weterynarzem. Najpierw obdzwoniła wszystkie możliwe lecznice w regionie a przede wszystkim te, które według informacji z Internetu świadczą usługi w dni świąteczne a nawet chwalą się 24-godzinnymi dyżurami. Bez skutku. Większość wskazanych numerów milczała, nikt nie odbierał.

- Pies cierpiał coraz bardziej. Chciałam mu w desperacji podać leki przeciwbólowe, które rozpuściłam w wodzie i dałam do strzykawki. Ale nie było szansy żeby coś przełknął. Zaczęłam dzwonić po przychodniach w innych miejscowościach. Dzwoniłam nawet do Białej Niżnej w gminie Grybów. W sumie wykonałam z 60 połączeń. Nawet jak udało mi się dodzwonić, to mi się obrywało, że jestem bezczelna, że dzwonię o tej porze. Jeden jedyny weterynarz gotów był pomóc, ale akurat był gdzieś na wyjeździe, 100 kilometrów od Nowego Sącza. Był jeszcze jeden, który wykazał zainteresowanie stanem psa, za to nie miał własnej praktyki a tym samym własnych narzędzi i leków a przychodnia, w której pracuje miała być otwarta dopiero koło południa nazajutrz.

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście, zaznacz fragment z błędem i wyślij do redakcji



Dziękujemy za przesłanie błędu