Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Niedziela, 25 października. Imieniny: Ingi, Maurycego, Sambora
30/03/2019 - 10:15

Jak wymyślić Nowy Sącz na nowo? Głos w dyskusji

- Tytułowe pytanie, postawione przez pana Jakuba M. Bulzaka jest niezwykle trafne, zaś diagnoza zawarta w jego tekście jest tyleż prawdziwa, co niepokojąca. Wydaje się, że hasło „wymyślić Nowy Sącz na nowo” powinno się stać ideą przewodnią szerszej debaty - pisze dr Grzegorz Malinowski, dołączając do debaty "Sądeczanina".

Zawodowo zajmuje się ekonomią rozwoju gospodarczego, w której próbuje się odpowiedzieć na pytania: „dlaczego jedne kraje są biedne a inne bogate?” oraz „jak sprawić, aby dany kraj wszedł na ścieżkę długookresowego, zrównoważonego wzrostu gospodarczego?” i z tego punktu widzenia chciałbym podzielić się pewnymi przemyśleniami, które być może staną się inspiracją dla pozostałych uczestników debaty oraz dla włodarzy naszego miasta.

Będąc autorem cyklu „Jak nie być frajerem?” czuję się w obowiązku rozpocząć od pewnej zasadniczej uwagi. Otóż... nie jestem ekspertem. Przy czym nie chodzi o to, że mam niewystarczające kompetencje w ramach dyscypliny, którą zgłębiam. Nie chodzi także o to, że nie posiadam praktycznego doświadczenia we wcielaniu moich pomysłów w życie. Odpowiedź jest inna. Chodzi o to, że są takie dyscypliny, w których nie ma ekspertów, a ekonomia rozwoju jest jedną z nich.

Jeśli w naszym domu pęknie rura, to wołamy hydraulika. Gdy mamy dziurę w dachu – szukamy dekarza, a kiedy chcemy skonfigurować sieć internetową – wzywamy programistę / informatyka. We wszystkich wspomnianych sprawach, a także w wielu innych, pragnienie konsultacji z ekspertem jest sprawą naturalną. Ekspert bowiem to ktoś, kto potrafi ustalić stan faktyczny i za pomocą wiedzy i doświadczenia jest w stanie przekształcić ten stan w jakimś konkretnym, pożądanym przez nas kierunku.

I właśnie w tym miejscu muszę Państwa zasmucić. Otóż z ekonomią rozwoju tak nie jest. W ekonomii rozwoju nie ma tak rozumianych ekspertów. Zapewne spodziewacie się Państwo, że uzasadnię moje stanowisko, odwołując się do problemów związanych z tym, że ekonomiści rozwoju nigdy nie mają pełni władzy lub, że nie dysponują wystarczającymi środkami do realizacji swoich wizji, albo też zwrócę uwagę na fakt, że na tym świecie są silni oraz słabi i, ci ostatni doświadczają na swej ścieżce rozwoju wszelkiego rodzaju „kłód” pod nogami...

Może i trochę w tym jest prawdy, ale wymienione racje nie są przyczyną tego, że w ekonomii rozwoju nie ma ekspertów. Tą przyczyną jest rola przypadku.

Obejrzyj: Jakub M. Bulzak - stwórzmy zapotrzebowanie na Sądeccyznę

Czasami jest tak, że stolarz powie, iż zrobiony przez niego stół będzie służył lata, a tymczasem z powodu niedokręconej nogi – przewróci się kilka dni później. Instalacja wykonana przez elektryka miała działać poprawnie, ale w wyniku uderzenia pioruna – uległa zniszczeniu. Malarz pomalował dom farbą, która była wadliwa, w wyniku czego wkrótce potem popękała. Zwróćmy uwagę na to, że powyższe przykłady to przypadki, zrządzenia losu, nieszczęśliwe zbiegi okoliczności. Takie rzeczy się zdarzają, i to z reguły nawet częściej niżbyśmy tego chcieli ale….. nie mają wielkiego wpływu na rzeczywistość. Innymi słowy, materializacja jakiegoś mało prawdopodobnego ryzyka może coś utrudnić albo może coś zahamować, ale nie rozciąga się na wszystkich i nie stawia rzeczywistości do góry nogami.

W procesach rozwoju jest zaś inaczej. Czasem wystarczy jedno wydarzenie, jeden przypadek i świat staje na głowie. Może to być zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, samobójczy zamach na dwie wieże w Nowym Jorku albo protest pracowników Stoczni Gdańskiej. Dotyczy to również pozytywnych „przypadków”. Skonstruowanie silnika diesla, uruchomienie internetu albo założenie facebooka – zasadniczo przeobraziło rzeczywistość, w której działamy. Podobną rolę przypadek odgrywa w życiu indywidualnym – gdyby pana Romana Kluski nie zwolniono kiedyś z pracy, to pewnie nie mielibyśmy nigdy Optimusa, gdyby nie biały maluch służący do rozwożenia po okolicy chałupniczo robionych lodów – nie chwalilibyśmy się firmą Koral.

Posłuchaj: o czym nie możemy zapomnieć, myśląc o przyszłości Sądecczyzny

Tak rozumiane przypadki mają jednak tę właściwość, że są zupełnie nieprzewidywalne.  Wprawdzie często „patrząc wstecz”,  wydaje nam się, że ich pojawienie się było wręcz nieuniknione, to jednak doświadczenie pokazuje, że nikt nie potrafi przewidzieć tego, gdzie, kiedy i co takiego odegra kluczową rolę w przyszłych losach świata, regionu, miasta i jednostki.

Z powyższych względów należy stwierdzić, że rzeczywistość gospodarcza jest nieprzewidywalna, a to, co w pewnych okolicznościach przesądza o wielkim sukcesie gospodarczym – w innych okolicznościach staje się pułapką i przeszkodą rozwojową. Tym z Państwa, którzy mi nie dowierzają, proponuję następujący eksperyment: kiedy jakaś wielka, prestiżowa (tzn. zatrudniająca samych „ekspertów”) instytucja formułuje prognozy gospodarcze na następne 10 lat, to sprawdźcie, co takiego prognozowała 10 lat temu, albo jakie były jej prognozy na lata 2007-2009 (kryzys finansowy)…

Ktoś jednak powie, że przypadek braci Koral, sukces projektu Krzysztofa Pawłowskiego, fenomen Konspolu, Fakro czy Wiśniowskiego to przykład realizacji udanej strategii. Czyli, że eksperci czasem się pojawiają. Moja odpowiedź jest następująca: na każdego Korala, Florka, Kluskę czy Pazgana przypada 1000 Nowaków, Wójcików, Kowalskich i Malinowskich – czyli ludzi, o których nikt nie słyszał, bo ich przedsiębiorstwa wraz z ich „strategiami” nie przetrwały albo szybko upadły.

Marszałem województwa, prezydent Nowego Sącza i wójt Łącka o przyszłości Sądecczyzny

Warto także zwrócić uwagę na fakt, że wymienieni wyżej przedsiębiorcy przez całe życie podejmowali ryzyko, a koszty tego ryzyka (finansowe i np. zdrowotne czy rodzinne) ponosili z własnych kieszeni. Gdyby więc niesiony ułańską fantazją biznesmen zaczął wcielać w życie jakąś wizję „szklanych domów”, to byłby on pierwszą osobą, która ucierpi w przypadku, gdyby ta wizja okazała się nierealna. Kiedy zaś mówimy o rozwoju kraju, regionu bądź miasta, to sprawa się nieco gmatwa, ponieważ osoby, które są „odpowiedzialne” za realizację swych (często utopijnych) wizji – nie płacą ceny za swoje błędy. Ich odpowiedzialność jest zwykle symboliczna, a w przypadku procesów rozwojowych, błędy często dają o sobie znać dopiero ze znacznym, wieloletnim opóźnieniem, w wyniku czego nie sposób do odpowiedzialności pociągnąć kogokolwiek.  

Reasumując, nie ma czegoś takiego jak ekspert od rozwoju miasta, bo nie wiadomo jakiego rodzaju przypadek zadecyduje o rozwojowym sukcesie lub porażce.

Na kanwie tego długiego, ale koniecznego wstępu – powróćmy do tematu wymyślania Nowego Sącza na nowo.

Warto zacząć od tego, że najważniejsze i najskuteczniejsze rekomendacje w dziejach ludzkości nie mają charakteru pozytywnego, tylko negatywny. Antyczne kodeksy prawne, 10 przykazań Bożych, zalecenia lekarskie (np. nie palić, nie nadużywać alkoholu) czy dietetyczne (np. nie jeść po godz. 18) są tego namacalnym przykładem, a w większości składają się z zakazów, a nie nakazów. Wszakże kiedy matka wysyła swoją pociechę na pole (podkreślenie autora), to najczęściej rzuca w jej stronę kilka zakazów, a nie nakazów. Nie tak ważne jest to, co dziecko ma na polu robić, ale to, czego ma tam nie robić. Bo o ile nie do końca wiadomo, co decyduje o sukcesie, o tyle z reguły dość dobrze wiemy, jakie są uwarunkowania porażki.  Idąc tym tropem, pragnę zacząć od kilku rekomendacji negatywnych:

  • Nie wymyślać Nowego Sącza „na nowo”;
  • Nie koncentrować się na nowinkach;
  • Nie myśleć w kategoriach „wielkich projektów”

Pierwszy zakaz wbrew pozorom NIE jest polemiką z tekstem p. Jakuba M. Bulzaka. Chodzi o to, żeby o przeobrażaniu Nowego Sącza nie myśleć w kategoriach rewolucji tylko gradualizmu - ewolucji. Historia zna zapędy rewolucyjne (Francja, Rosja) i nigdy nie niosły one z sobą nic dobrego. Wizje szklanych domów skutecznie oddziaływały na ludzką wyobraźnię, a strategie i projekty wyglądały przekonująco na papierze, ale rzeczywistość boleśnie weryfikowała te przedsięwzięcia.

Drugi zakaz ma chronić przed niebezpieczeństwem, które szczególnie mocno dotyczy takiego miasta jak Nowy Sącz. Mianowicie szukając recept na lepsze jutro bardzo często technologizujemy przyszłość. Konkretnie oznacza to, że najpierw zastanawiamy się nad tym, jakie innowacje, wynalazki i bajery dają DZIŚ największą stopę zwrotu, lub też, jakie są najmodniejsze obszary rozwojowe, a następnie decydujemy się na jakieś zdecydowane kroki w tym kierunku. Tak, jakby to, co dziś jest motorem rozwoju miało odgrywać taką samą rolę jutro. Otóż jeżeli myślimy o naszym mieście w kategoriach następnych dekad / stuleci, a nie w perspektywie następnych wyborów, to tego rodzaju sposób patrzenia wydaje mi się błędny.

Powód mojego sceptycyzmu jest prosty – dzisiejszej „najnowszej technologii” najprawdopodobniej nie będzie za 20 lat, ponieważ zostanie zastąpiona czymś nowym. Nasze wyobrażenia o przyszłości zazwyczaj się nie sprawdzają właśnie dlatego, że dokonujemy ekstrapolacji trendów z ostatnich 10 – 20 lat, a tymczasem statystycznie bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym przyszłość będzie raczej pozbawiona wszystkiego tego, co powstało w ciągu ostatnich 10 - 20 lat. Statystycznie rzecz ujmując – przyszłość będzie znacznie bardziej podobna do teraźniejszości, niż nam się wydaje.

W tym miejscu posłużę się kilkoma przykładami: do niedawna wiele osób używało tabletów. Dziś tablety zostały niemal wyparte z rynku przez poręczniejsze smartfony. Kiedyś uważano, że w szkołach będą uczyły roboty, robotów jak nie było, tak nie ma, za to (teoretycznie) nie trzeba chodzić do szkoły, gdyż zajęcia mogą odbywać się on-line. Jeszcze 50 lat temu prognozowano, że zamiast jeść tradycyjne posiłki – będziemy łykali kapsułki zawierające wszystkie potrzebne nam substancje odżywcze. Dziś wszyscy apelują, aby w ogóle nie łykać tabletek, a w swoim żywieniu trzymać się starych, sprawdzonych receptur.

Z drugiej zaś strony zwróćmy uwagę na to, czego dotyczą sukcesy sądeckich firm. Produkty KONSPOLu – produkcja żywności posiadającej tradycję z dziesiątego tysiąclecia p.n.e.  Lody KORAL – produkcja żywności wynalezionej w Chinach prawdopodobnie 2000 lat p.n.e. Wiśniowski – produkcja sprzętów istniejących od czasów rewolucji agrarnej. Fakro produkuje okna towarzyszące ludzkości od starożytności. Zwróćmy uwagę, że jedyna firma, z której jesteśmy dumni, a która już nie istnieje to OPTIMUS – producent sprzętu komputerowego, który wówczas zajmował się produkcją „najnowszych technologii”. Ograniczę się na tym etapie do wniosku, że Nowy Sącz powinien celować w coś namacalnego i nie ma co starać się być Doliną Krzemową….Nowy Sącz to miasto konkretu.

Trzeci zakaz dotyczy wielkich projektów. W tekście pana Jakuba Bulzaka pojawia się pewne sformułowanie, którego powierzchowna interpretacja może przynieść niebezpieczne skutki. Mianowicie autor stawia pytanie o cechę wyróżniającą Nowy Sącz na tle innych miast. Jeśli myślimy o strategii rozwojowej Nowego Sącza, to w moim przekonaniu należy unikać myślenia w kategoriach „JEDNEJ DUŻEJ RZECZY”. Na przykład Nowy Sącz – miasto nowych technologii (vide – miasteczko multimedialne) albo Nowy Sącz – polski Oxford (vide – Wyższa Szkoła Biznesu) albo nawet nieco bardziej abstrakcyjnie Nowy Sącz – centrum turystyki i agroturystyki (vide – tragikomedia tras dojazdowych).

Zobacz też: Jakub M. Bulzak - Jak wymyślić region na nowo

Ten rodzaj myślenia jest właściwy politykom, którzy albo chcą pochwalić się jakimś „wielkim sukcesem” albo pragną podporządkować myślenie wyborców utopijnym „wyższym celom”. Pragnę zwrócić uwagę na fakt, że nawet gdyby w Nowym Sączu powstała jakaś mega - giga – hiper firma, to w krótkiej perspektywie jest to doskonała wiadomość, ale w dłuższym okresie może się ona okazać koniem trojańskim. Ewentualny upadek takiej firmy oznacza dla miasta i regionu olbrzymie kłopoty (podobnie jak kłopoty Finlandii po marginalizacji rodzimej Nokii, lub bankructwo Detroit – tradycyjnie związanego z rynkiem motoryzacyjnym). A my przecież myślimy o Nowym Sączu zarówno w krótkiej, jak i długiej perspektywie…

Kiedyś zapytano Sokratesa o to, jakie lekarstwo może wyleczyć choroby, na które cierpi Grecja. Ten odpowiedział następująco: „Grecy powinni robić to, co robili, kiedy byli szczęśliwi i kiedy im się powodziło”. Tylko czy Nowy Sącz kiedykolwiek był bardziej szczęśliwy i czy kiedykolwiek bardziej mu się powodziło niż teraz? Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista.

Czas na zalecenia pozytywne. Pierwsze z nich brzmi: „zamiast JEDNEJ DUŻEJ RZECZY – WIELE MAŁYCH RZECZY”. Sądeczanie to bardzo przedsiębiorczy i pracowici ludzie. Dla kogoś, kto żyje w Warszawie, uderzający jest pewien fakt. Warszawiak chce wychować i wykształcić dziecko tak, aby znalazło dobrą pracę. Tymczasem w Nowym Sączu ludzie studiują i uczą się z myślą o własnym biznesie. Nie wiem, czy wynika to z umiłowania wolności, czy raczej z umiłowania konkretu (we własnej firmie wiadomo, nad czym się pracuje i wiadomo, za co się dostaje pieniądze. W wielkiej korporacji zwykle większość pary idzie w „gwizdek”, i nie ma prostego związku między wykonaną pracą a zarobkiem własnym i firmy).

Ciekawą, choć odległą analogią jest chińskie miasteczko Yiwu (miasto na prawach powiatu). Wprawdzie fakt, że ma ono ponad milion mieszkańców może dla nas wydawać się zupełną fantasmagorią, to jednak należy uświadomić sobie, że na chińskiej mapie miast jest ono mało znaczącym, niewielkim punkcikiem, do tego zlokalizowanym w niezbyt fortunnym miejscu. Historycznie nie odznaczało się niczym szczególnym poza faktem, że nie dysponowało zbyt urodzajnymi glebami, w wyniku czego działalność rolnicza nie była opłacalna.

Trudności te rozwiązał handel. Ludzie zaczęli handlować cukrem i kurzym pierzem. Miasto wzięło się do życia, ale tylko na krótko, ponieważ ideologia rewolucyjna skutecznie zniszczyła ich zapędy (ktoś zaczął „na nowo” wymyślać Yiwu). Od lat 80tych handel zaczął znów rozkwitać. Specyfiką tego handlu było rozdrobnienie – tysiące małych przedsiębiorców, rzemieślników i drobnych firm zaczęło próbować swoich sił w handlu i biznesie. Dziś Yiwu to największe na świecie centrum dystrybucji drobnych towarów. Większość rzeczy, którymi Państwo posługujecie się na co dzień i które posiadają najsłynniejszy na świecie napis „made in China” najprawdopodobniej łączy jakaś nić zależności z Yiwu.

Warto zauważyć, że handel w Yiwu jest organiczny w tym sensie, że codziennie jedne firmy upadają, a inne powstają. Nie znajdziemy tam jednego lidera „zbyt dużego, żeby upaść”, przed którym na kolana pada całe miasto. Poziom życia mieszkańców Yiwu nie jest wcale uzależniony od kondycji finansowej pojedynczej firmy. Jedna firma może upaść z dnia na dzień, a tysiące firm – nie.  Dzięki temu Yiwu jest odporne na kaprysy fortuny.

Zobacz też: Jak nie być frajerem, czyli ekonomia niepewności

W tym sensie uważam, że Nowy Sącz również powinien być miastem organicznym, stawiającym na przedsiębiorczość i na maksymalizowanie małego biznesu. Mówi się, że najlepsza książka z ekonomii to „Robinson Crusoe” Daniela Defoe. Jest tak dlatego, że uczy ona zaradności i przedsiębiorczości. Gdy ekonomiści rozwoju zastanawiają się, dlaczego ojczyzną rewolucji przemysłowej jest Wielka Brytania, a nie np. Polska, to często słychać żart, że w Polsce tego okresu rządziła „Wielka Inwokacja”, a w Wielkiej Brytanii „Mały biznes”. 

Oczywiście do istnienia biznesu wymagane jest przyjazne środowisko instytucjonalne oraz odpowiednia infrastruktura. Nie będę powtarzał słusznych utyskiwań dotyczących odcięcia komunikacyjnego Nowego Sącza. W naturze jednak jest tak, że braki w jednej sferze powinny być rekompensowane przerostem w innej. Sądzę, że taką sferą są szeroko rozumiane usługi e-commerce oraz outsourcing usług.

Dziś człowiek siedzący przy komputerze podłączonym do internetu w pantoflach w domu na osiedlu Wólki może robić dokładnie to samo, co zabiegany warszawski korpo-szczurek. W dodatku koszty związane z zatrudnieniem takiego pracownika są znacznie niższe. Jest też inna konsekwencja tego, że coraz większa liczba miejsc pracy staje się mobilna i nie wymaga ruszania się z domu. Mianowicie ludzie stopniowo rozglądają się za wygodniejszym życiem. Nowy Sącz może im zaproponować to, czym zawsze się chwalił pan Krzysztof Pawłowski: „rano obserwuję bażanty na swoim ogrodzie, a 15 minut później jestem już w centrum miasta”.    

Potrzebny jest także odpowiedni marketing oraz PR. Z tego punktu widzenia uważam, że (1) jest sporo do zrobienia i (2) posiadamy wszystkie narzędzia, aby to urzeczywistnić. Przede wszystkim dotychczasowe próby reklamowania Nowego Sącza były bardzo mało czytelne, sztuczne i prowizoryczne (np. „Nowy Sącz dobrze wróży”). Po drugie – mamy odpowiednie narzędzia, bo Nowy Sącz istnieje w świadomości przeciętnego Polaka, chociażby jako miasto wielkiej ilości biznesmenów. Mamy także wiele osób zakochanych w Sądecczyźnie i mamy inicjatywy (np. Forum Ekonomiczne), dzięki którym możliwe jest bardziej ofensywne budowanie wizerunku Sącza.

W tym zakresie nasuwa mi się wiele różnych fantazji i jestem pewien, że sądeckie duże firmy będące aktualnym symbolem Nowego Sącza chętnie by się zaangażowały (ale muszą wiedzieć, że takie działanie im się opłaci, bo jest elementem sensownej strategii rozwoju). Kilkoma się podzielę. Można zbudować symboliczną „Bramę do Nowego Sącza”. A jeśli brama, to wiadomo jakie przedsiębiorstwo mamy na myśli. Ponadto Nowy Sącz można symbolicznie reklamować jako „okno na świat” albo nieco skromniej „okno na Małopolskę”. Okno dachowe ma się rozumieć - bo znajdujemy się na polskim poddaszu. Idźmy dalej…

Z czego znany jest Nowy Sącz? Z lodów! Wprawdzie przyjezdni znają głównie jedną lodziarnię, ale wyprowadźmy ich z tego błędu! Argasińscy, Koral, Miś, Orawianka…..to aż się prosi o jakiś „lodowy szlak”. Kwestia edukacji…. Jeśli Nowy Sącz ustawi swój kompas rozwojowy na mały biznes, to kierunki ekonomiczne na sądeckich uczelniach (PWSZ, WSB)  powinny „poczuć krew”, i zorientować się na ofertę edukacyjną związaną z „przedsiębiorczością” a w sposób szczególny z „przedsiębiorczością rodzinną”. Duże sądeckie firmy stają już w obliczu dylematów związanych z sukcesją pokoleniową. Ich twórcy chcą wiedzieć jak zapewnić obfitość swoim dzieciom, jak to zrobić bezpiecznie i jak zostawić po sobie namacalny ślad. Trzeba im w tym pomóc. Wymaga to kompleksowej refleksji przedsiębiorców, polityków, prawników, ekonomistów, a nawet duchowieństwa.

Sądecczyzna wydaje się odpowiednim miejscem do tego rodzaju refleksji. A owoce tej refleksji mogą być kolportowane za pomocą szkoleń online'owych (wybaczcie Państwo ten żargon, ale takie czasy). 

I na koniec: Katowice kojarzą się z górnikiem, Zakopane kojarzy się z góralem. A z czym ma kojarzyć się Nowy Sącz? Oczywiście z LACHEM SĄDECKIM – idei kompletnie nieeksploatowanej przez miasto! Mieszkając w Warszawie – straciłem już ochotę do ciągłego tłumaczenia ludziom tego, że „nie jestem góralem” (dla ludzi żyjących na północ od Krakowa wszyscy, którzy mieszkają na południe od Krakowa to górale…). Proszę…. wytłumaczmy to raz na zawsze Polsce i światu. Strój, muzyka, gwara i tańce sądeckie powinny towarzyszyć KAŻDEJ oficjalnej uroczystości. Niech więc Sącz będzie znany z Lacha Sądeckiego – konkretnego, przedsiębiorczego, zaradnego życiowo Polaka, który ma we krwi umiłowanie wolności oraz przywiązanie do rodziny i tradycyjnych wartości.

Grzegorz Malinowski
Kontakt - [email protected]
TT- @grzesiek.mal







Dziękujemy za przesłanie błędu

Sądeczanin HISTORIA (2-2020)