Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Środa, 5 sierpnia. Imieniny: Emila, Karoliny, Kary
12/07/2020 - 12:25

"Po drodze na pastwisko mijaliśmy borsuki, gronostaje, ptaki cudnie śpiewały"

Zmianę przyniósł wybuch wojny niemiecko-radzieckiej 22 czerwca 1941 roku. Związek Radziecki potrzebował wsparcia militarnego, Stalin nawiązał więc współpracę z polskim rządem na emigracji reprezentowanym przez generała Władysława Sikorskiego. W lipcu 1941 roku w Londynie podpisano układ Sikorski-Majski, na podstawie którego polskich zesłańców objęła tak zwana amnestia. Zwolnieni z posiołków, łagrów i obozów zesłania, mężczyźni zasilili szeregi Wojska Polskiego. Jedni walczyli pod dowództwem generała Zygmunta Berlinga, inni – generała Władysława Andersa. To sybiracy stanowili trzon obu tych armii. [wstęp, M. Odrobińska]

Z rozdziału: „Mirosław. Wojenne Eldorado” [historia Mirosława Popławskiego]

Obóz leżał na podmokłych terenach, w sąsiedztwie bagien – latem siedliska komarów. Od ich ukąszeń dostawaliśmy opuchlizny, zdarzało się, że ktoś w jej wyniku umierał. Nosiliśmy maski ochronne – bardzo niewygodne, pot zalewał w nich twarz, trudno było oddychać, ale jako tako ratowały przed owadami. Resztę ciała smarowaliśmy dziegciem – odstraszał insekty, ale u ludzi powodował wysypkę, obrzęk, świąd i rany po zadrapaniach. Już nie wiadomo było, co gorsze: drapać się po ukąszeniach komarów i meszek czy po dziegciu.

Po pracy szło się do stołówki – na zupę z ościami z ryby i zmarznięte kartofle. Z Konradem dostaliśmy siekiery większe od nas. Rąbaliśmy nimi gałęzie, które potem, układając w stożek, stroszyliśmy, by wyglądały na wyrobioną dniówkę. Kto miał ruble, w sklepie mógł kupić bardzo drogi chleb, kaszę jęczmienną i jaglaną, cukier, sól, solone śledzie. Ruble dostawaliśmy od wujka Heńka Nizińskiego z Polski – brata mamy; do tej pory mam zachowane kilkadziesiąt przekazów po 50 rubli. Mama była uprzywilejowana, bo jako matematyczka biegle władająca rosyjskim prowadziła obozową buchalterię, wiodło nam się więc lepiej niż innym. (…)

Codziennie o godzinie 6 była pobudka, posiłek w stołówce – 400 gramów chleba, który miał starczyć na cały dzień, kubek kawy zbożowej. Potem rozlegał się gong – uderzenie w metalową rynnę – i wymarsz do pracy. W lipcu 1940 roku uruchomiono szkołę, do której musieliśmy chodzić. Za rozmowy po polsku bito nas. (…)

Wiosna wybucha tam gwałtownie – w dwa tygodnie z –30 temperatura wzrasta do 20 stopni Celsjusza. Po ziemi przemykały żmije i jaszczurki, a na drzewach harcowały ciemnoszare wiewiórki borundiuki. Po drodze na pastwisko mijaliśmy borsuki, gronostaje, ptaki cudnie śpiewały. Przyroda ma tam dwa i pół miesiąca na wegetację, wszystko jest więc w mig wybujałe. Kwiaty – przecudne, owoce takie, jakich nigdzie potem nie widziałem. Ale dla nas wiosna znaczyła przede wszystkim jedzenie. (…)

Przyszła zima 1940 roku. Komary i meszki zastąpiły płatki śniegu, zwiastujące najgorsze. Modliliśmy się o przeżycie tych mrozów. W październiku, gdy temperatura spadła już do –35 stopni Celsjusza, tajga aż huczała – to zamarzające soki drzew rozsadzały je od środka. Brzmiało to jak leśna kanonada. Śnieg zasypywał obóz – z jednej strony izolował od mrozu, ale z drugiej – wciąż musieliśmy kopać tunele, by móc się przemieszczać.

Zbliżało się Boże Narodzenie. Mama załatwiła u komendanta, że wieczorem po pracy możemy zapalić świeczki na ściętym w tajdze drzewku i zaśpiewać cicho kolędy. Sąsiadka odgrzebała przywiezione z Polski kawałki opłatka. Każdy przyniósł, co mógł. Cały barak – 120 osób – zasiadł do skleconego naprędce stołu. Dzieliliśmy się tym przemyconym opłatkiem i czarnym chlebem, życząc sobie zdrowia, przetrwania tego koszmaru i jak najszybszego powrotu do Polski. Radość z narodzin Zbawiciela ustąpiła szlochom i płaczom, przygnębieniu. Ktoś powiedział, że to bardziej Dzień Zaduszny niż Wigilia Bożego Narodzenia. Pobliski cmentarz porastało z każdym dniem coraz więcej brzozowych krzyży, upamiętniających zmarłych z głodu, odmrożeń, chorób czy wypadków przy pracy. (…)

W końcu czerwca 1941 roku dotarła do nas wiadomość, że Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Spekulowaliśmy: może Japończycy zaatakują od wschodu i wkrótce nas oswobodzą; może cofająca się armia sowiecka zawrze porozumienie z broniącą się jeszcze Anglią i innymi krajami okupowanymi przez Niemcy, w tym z Polską. I nagle w pierwszych dniach sierpnia 1941 roku gruchnęła wiadomość, że jesteśmy wolni. 

Monika Odrobińska "Dzieci wygnane", Wydawnictwo ZNAK, czerwiec 2020
Dziękujemy Wydawnictwu ZNAK za udostępnienie wybranych fragmentów

W powyższych fragmentach nie uwzględniono przypisów.







Dziękujemy za przesłanie błędu

Sądeczanin HISTORIA (2-2020)