Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Sobota, 26 września. Imieniny: Cypriana, Justyny, Łucji
09/03/2020 - 11:25

Strzał, prawie w dziesiątkę, Gorlickiej Grupy Biegowej

Jak w inny sposób zwiedzić kopalnię soli w Bochni? Na mniej tradycyjną metodę, na co dzień niedozwoloną, zgodę otrzymali uczestnicy 12-godzinnego Podziemnego Biegu Sztafetowego.

Zawody odbyły się w dniach 06-08 marca br., w Kopalni Soli w Bochni, czyli najstarszej kopalni soli w Polsce, wpisanej na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Naturalnego UNESCO. Bieg rozgrywany był między dwoma szybami Sutoris i Campi, a sama trasa biegła podłużnią August, 212 metrów pod ziemią. Jedna pętla, którą musiał pokonać każdy zawodnik, aby zostać sklasyfikowanym, miała długość 2 420 metrów.

Wśród 65 sztafet (260 osób), które organizator dopuścił do rywalizacji, znaleźli się członkowie Gorlickiej Grupy Biegowej. Do Bochni wyruszyła ona w składzie: Aleksander Szurek (kapitan), Mateusz Baran, Stanisław Tomasik oraz Robert Radzik. Tym razem, aby stanąć na starcie biegu, nie wystarczyło tradycyjne zapisanie się na listę i opłacenie wpisowego. O perypetiach i konsekwencji w dotarciu do celu, czyli znalezieniu się wśród zakwalifikowanych drużyn, opowiada Aleksander Szurek:

- Pomysł na udział w 12 godzinnym Podziemnym Biegu Sztafetowym, pojawił się w roku 2017. Jak wiadomo każdy biegacz śledzi portale biegowe i gdy pojawiła się informacja o zapisach, po szybkiej naradzie zebraliśmy chętna czwórkę i zdecydowaliśmy się na zgłoszenie Gorlickiej Grupy Biegowej. Dokonałem zgłoszenia i zostałem nieformalnie kapitanem drużyny. Od pierwszego zgłoszenia w składzie byłem razem z Mateuszem. Do startu w zawodach dopuszczona jest pierwsza 5. z poprzedniej edycji, 15. drużyn zaproszonych, 42. drużyny z losowania ogólnego i 3 z ekstra losowania dla "pechowców". I życie pokazało nie zawsze idzie tak jakbyśmy chcieli: w roku 2017 zgłosiło się ponad 100 zespołów i nie mieliśmy szczęścia. W roku 2018 do składu dołączy Robert, ale znowu dopadł nas pech i nici ze startu. Tak samo stało się rok później w 2019. Znowu obeszliśmy się smakiem.

- Nastał rok 2020 i kolejne zgłoszenie. W tym momencie pojawiło się "światełko w tunelu" gdyż regulamin losowania przewiduje dla "wytrwałych pechowców", którym nie udało się w trzech kolejnych edycjach losowania, być umieszczonym w specjalnym koszyku z pulą 3 miejscówek . Śledziłem losowanie na żywo i na samym początku  "ojciec dyrektor" biegu poinformował, że tylko jedna drużyna jest w puli pechowców, a była to nasza ekipa. Pierwsza euforia, telefony i snucie planów – wspomina szczęśliwy Szurek.

Gdy drużynie udało się znaleźć na liście startowej, w końcu nastąpił ten dzień. Jak wspominają go uczestnicy?

- Po przyjeździe na miejsce w piątkowy wieczór zjechaliśmy szybem na dół do bazy zawodów. Atmosfera już była bardzo fajna. Czuć było ekstra klimat biegowy, rodzinną atmosferę, a sam fakt, że jest się 200 metrów pod ziemią, potęgował emocje. Wieczorem ustaliliśmy taktykę biegnięcia po jednej pętli na zmianę – mówi Mateusz Baran.

- W piątek wyjechaliśmy z Szymbarku. Na parking przy Szybie Campi dotarliśmy około godziny 21. Po zjeździe w podziemia kopalni, odbieramy pakiet, zajmujemy miejsca noclegowe i przychodzi czas na studzenie emocji, aby przespać noc i mieć siły rano – dodaje Szurek.

Noc minęła za szybko, jak to zwykle ma miejsce w ostatnich chwilach przed startem. W sobotnie przedpołudnie o godz. 10:00, pierwsi zawodnicy ruszyli na trasę.

- Pierwotnie nie nastawiałem na wynik, traktowałem bieg jako świetną przygodę biegową i nietypową zarazem. Tym bardziej, że nie czułem się w pełni  przygotowany do tak długich zawodów. Zdawałem sobie sprawę, że jestem najwolniejszym ogniwem zespołu i szacowałem, że powinienem przebiec okrążenie, trochę powyżej 12 minut. Najbardziej obawiałem się nagłej kontuzji podczas zawodów, a wtedy drużyna musiałaby walczyć tyko w trójkę – opisuje początek biegu Szurek.

- Same zawody to już była dla nas wielka niewiadoma. Każdy z nas był na innym etapie przygotowań do sezonu, dlatego nie miałem jakiś dużych oczekiwań, 20 miejsce traktowałbym jako sukces. Pierwszy biegł Aleksander, potem kolejno był Mateusz, ja i Stanisław. W drużynie panował dobry duch i duża mobilizacja, stąd pewnie na początku, każdy z nas zdecydowanie przesadził i każde kolejne kółko szło coraz ciężej. Dla mnie osobiście, największym problemem były wąskie korytarze i delikatne problemy z wyczuciem tempa w trakcie okrążenia. Kondycyjnie byłem dobrze przygotowany, miałem już tym roku ok. 1 000 km, ale szarpanie na trasie bardzo mnie wykańczało. Każdy dawał z siebie maksa, a gdy jeszcze dowiedzieliśmy się, że jesteśmy na 10 miejscu i niewiele brakuje do 9., wstąpiły w nas nowe siły – dzieli się swoimi wrażeniami Radzik.

- Każdy doskonale zdawał sobie sprawę że ostatnie kółka będą decydujące. Byłem bardzo zdeterminowany, żeby podciągnąć się na ostatniej pętli. Wystartowałem jak natchniony, biegnę i mijam kolejne już bardzo zmęczone osoby. To dodatkowo mobilizuje. Wbiegam na punkt zmian, patrzę na wynik i radość na twarzy. Poprawiłem czas w stosunku do wcześniejszego kółka o 47 sek. Wiem, że zrobiłem swoje, a teraz czekam na kolegów. Wszyscy się poprawiają, walczą o każdą jakże cenną sekundę. To jest niesamowite. W pewnym momencie słyszymy syrenę oznaczającą koniec biegu. Schodzimy do biura zawodów patrzymy na Telebim. Udało się, mamy to upragnione 9 miejsce na 65 drużyn. Radość i Duma nas przepełnia. To dla nas jest jak zwycięstwo. Każdy w tym biegu zostawił cząstkę siebie i to jest bezcenne.

- Mobilizacja, trud zmagań i końcowa euforia. Tak w skrócie mogę podsumować nasz start. Podczas biegu, sam starałem się utrzymywać tempo każdego kilometra w granicach czterech minut na kilometr, co zmuszało mnie do jeszcze większej koncentracji na trasie, gdyż przemieszczaliśmy się po wąskich i krętych kopalnianych chodnikach. Zmian dokonywaliśmy mniej więcej co pół godziny. Ten czas trzeba było poświęcić na szybką i skuteczną regenerację. Jednocześnie musieliśmy utrzymywać swoje mięśnie w odpowiedniej temperaturze, aby zbytnio ich nie wychłodzić. Wynik rywalizacji jest dla naszej całej grupy miłym zaskoczeniem – puentuje Stanisław Tomasik.

Dla ukazania skali włożonego trudu w tę rywalizację, dodamy, że drużyna, zajmując 9 miejsce na 65 sztafet, wybiegała łącznie 70 okrążeń, co dało wynik 171 kilometrów i 55 metrów. Przy czym, Stanisław Tomasik wykręcił 19 kółek (45 kilometrów 980 metrów), a pozostali członkowie teamu, tj.: Aleksander Szurek, Robert Radzik i Mateusz Baran pokonali po 17 kółek każdy (41 kilometrów 140 metrów).

(Karol Trojan) [email protected], fot.: Mateusz Baran







Dziękujemy za przesłanie błędu

Miesięcznik Sądeczanin - wydanie wrześniowe